sobota, 22 października 2011

Sto procent niepewności

Może gdybym papierosy palił i kawę pił, to stan ów bym pokochał - samo jednak JA czasem już nie starcza i siano wszędzie, ino siano, słoma... Gdy nuda w tryby czasu wrzuca gumowe spowalniacze, a wszystko co konstruktywne i pożyteczne bezsilną pluje awersją, wtedy właśnie ciągnie mnie tam, gdzie schodzą się ludzie przekonani. Przekonani o tym, że idee którymi wypełniają po brzegi swoje wielkie mózgi, są ze wszech miar warte podtrzymywania i obrony. Ciągnie mnie tam, gdzie sądzi się że racja jest najichsza, a reszta się myli i to jak. Ciągnie mnie w miejsca przestronne, potakującą publicznością wypełnione i z ustawionym na środku auli mikrofonem. Ciągnie mnie na sympozja teologiczne.

Jakie to odświeżające - spotkać człowieka, który rzeczywiście wierzy w to co gada, a nie, tak jak ja, tylko zmienia zdanie na przeciwstawne w zależności od tego z kim akurat rozmawia. No bo gdy ktoś na przykład mi mówi, że lubi czytać Harrego Pottera, to ja jak z automatu odpowiadam, że książka ta szkodzi dzieciom, ponieważ sugeruje iż wszelkie problemy można rozwiązywać przy pomocy magicznych sztuczek. Gdy ktoś twierdzi natomiast, że proza J. K. Rowling to szatańskie wersety i równia pochyła do otchłani piekielnych, ja zarzucam mu, bo jakżeby inaczej, przesadę i fanatyzm w ocenie literatury przygodowej. To straszne, gdy poznając nową osobę nie wiem co myśli ona o życiu, wszechświecie i całej reszcie - nie mam wówczas pojęcia z jakimi przekonaniami się odsłonić! A na sympozjach teologicznych wszystko wydaje się takie proste...

Zawsze miło spędzam czas, wysłuchując obrażających zdrowy rozsądek bredni wygłaszanych na teologicznych sympozjach. Tak - bredni. Cóż, nie chodziłbym przecież na takie spotkania, gdyby idee tam przetwarzane mogły wzbudzić we mnie to okropne uczucie - chęć akceptacji jakiejś przetworzonej idei! Z góry zakładam więc, że wszystko cokolwiek usłyszę uznam za przyjemny dla ucha absurd, i jak dotąd nigdy się nie zawiodłem. Nigdy też nie odmawiam sobie przyjemności zadania paru pytań na koniec. I nigdy też nie znudzi mnie reakcja publiczności na moje wystąpienie - zawsze znajdzie się kilka osób, u których wzbudzę ewangelizacyjne zapędy. Ile to ja już dostałem numerów telefonów z prośbą o szybki kontakt w celach duchowo-reanimacyjnych! Ale niestety - głównie od młodych księży. Okazuje się, że młode, urodziwe i niewyświęcone babeczki, nie tylko ewangelizacyjnych zapędów są pozbawione, ale i chęci przesiadywania na sympozjach, zarówno tych teo-jak-i-nie-teo-logicznych.

I tak na przykład parę dni temu dostałem adres kościoła. Kościoła, w którym można spotkać kobietę. Kobietę, która krzyczy. Co krzyczy? Krzyczy to, co krzyczy, ważne, czemu krzyczy. No, krzyczy, bo jest, jakżeby inaczej, opętana. Facet poznany na teologicznym sympozjum zarzekał się, że kobieta na umyśle zdrowa, co stwierdził psychiatra (i to nie jeden). Skoro zdrowa na umyśle, to musi zdrowo opętana. Więc jak komuś wiary ubywa, niech pójdzie posłuchać i popatrzeć, a nuż się nawróci, jak się z takim zjawiskiem bezpośrednio zetknie. Zostawmy na marginesie moralną ocenę praktyki wykorzystywania "krzyczącej kobiety, potencjalnie opętanej" w celach kościelno-marketingowych, i odpowiedzmy na pytanie z gruntu ciekawsze - czy autor niniejszego sceptycyzm chwalącego wpisu z zaproszenia na szatańskie show skorzystał? Nie, nie skorzystał. Czemu?

Nawet największy hardkor, skończywszy o 3 nad ranem oglądać Egzorcyzmy Emily Rose, ma wewnętrzny opór przed beztroskim udaniem się do łazienki, gdy nagle siły zła w ciemnościach się czają, w mrocznych zakamarkach przedpokoju i w cieniu kuchennych szafek. Czy więc ktoś, kto tak dziarsko (a co tam!) pozwala sobie na ateistyczno-teologiczne prowokacje przy dziennym świetle, nie osłabia tym samym swego hipotetycznego duchowego pancerza, narażając się na atak ze stron demonicznych po zachodzie Słońca? Odpowiedź wydaje się oczywista.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Praktyki smoleńskie

No nie mogę się powstrzymać. Smoleńsk. Wiem, wiem. Ale nie chodzi mi o odgrzewanie starych, mielonych kotletów, chociaż na pierwszy rzut oka tak może się wydawać. Dzisiaj trochę z innej beczki. Na pewno pamiętacie newsy o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania, pijanym generale w kokpicie (każdy lekarz powie, że organizm po śmierci wytwarza alkohol i nawet promil alkoholu we krwi o niczym nie świadczy), fałszywe cytaty o lądujących "debeściakach" itd. I to wszystko już od pierwszych informacji o katastrofie - czy nie jest ciekawe, że wypływało tylko to, co w jakiś sposób mogło skompromitować Kaczyńskiego i jego ekipę? Uprzedzam - to nie będzie post pro pisowski - nie dla psa kiełbasa. Polecam.

Zgadzam się z opinią zdroworozsądkową odnośnie katastrofy w Smoleńsku, która brzmi mniej więcej tak: na drogach dziennie ginie więcej osób, a nikt nie robi wokół tego takiego szumu. To prawda. Fakt, że zginęły osoby publiczne tego nie usprawiedliwia - nawet po śmierci Michaela Jacksona ogólnoświatowy "cyrk" trwał krócej. W tym wypadku jednak o wiele bardziej niż żałoba, liczą się konsekwencje. W przypadku polityki jakość każdej konsekwencji mierzona jest słupkami poparcia, czyli władzy, co w dalszej perspektywie sprowadza się do pytania, kto straci, a kto zyska na katastrofie?

Słuszne oburzenie dopada naród, gdy PiS jedzie po trupach do celu. Ale polityk musi być cynikiem - musi przed kamerami umieć się rozpłakać i oburzyć nawet z powodu najmniejszej pierdoły - widzowie, przyzwyczajeni do narracji telenowelowej, po prostu to lubią. Gdyby polityk mówił to, co myśli i robił to, co jest racjonalne (zwróćcie uwagę, że wierzę tutaj naiwnie w intelekt polityków stłamszony okrutnie przez ogłupiony motłoch), to by się pożegnał ze stołkiem - jak powiedział był kiedyś Tomasz Lis na żywo - widzowie wybaczą wszystko, oprócz poważnego traktowania. Małe przyjemnostki dla maluczkich, żeby mieli zajęcie i się nie stresowali. Trzeba się z tym pogodzić - dopóki wyborcza większość (a faktycznie - rządząca mniejszość) dyktuje reszcie normy i gusta, opór nie ma sensu. Uroki demokracji.

Wszyscy widzieliśmy w mediach "fanatyków pod krzyżem". A widzieliście masy ludzi, którzy przyszli się z tych "fanatyków" nabijać? Wielokrotnie można było usłyszeć, że młodzi ludzie zebrani na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, chcą pokazać jacy są nowocześni, ironiczni i sceptyczni wobec katolandu - ale co ciekawe, kamery jakoś niechętnie te otwarte masy filmowały - młodych ludzi popychających, szarpiących, naśmiewających się z rozmodlonych staruszków. Albo skandujących hasła przeciwko pochówkowi na Wawelu, wśród królów (zapewne byli to monarchiści - chociaż zważywszy na oskarżenia Kaczyńskiego o zapędy dyktatorskie, to wybór chyba był trafny) - nowoczesność i otwartość w praktyce? Raczej brak symetrii.

Było jasne, że PiS na katastrofie może zyskać, jeśli odpowiednio tym zagra, bo przecież życie to gra, jakby nie było to cyniczne i oburzające. Ale czy nie jest równie oburzające, że pewne "polityczne siły" od początku próbowały ośmieszyć i skompromitować Lecha Kaczyńskiego oraz ludzi, którzy gromadzili się pod pałacem by protestować przeciwko opieszałości śledztwa? Przecież wiadomo, że jak PiS by zyskał, to ktoś inny by stracił. Więc Tusk pędził na miejsce katastrofy, żeby jako pierwszy przed Jarkiem i przed kamerami przytulić się z Putinem. Cyniczne? Polityka. Pragmatyzm.



System Of A Down - Toxicity przez Jet9009

wtorek, 15 marca 2011

Po prostu dzień

Zanim moderacja racjonalisty.pl wlepiła mi kolejnego, utrzymującego się już od tygodnia, 24-godzinnego bana za czepianie się, że mi kasują komentarze (czepianie się kasowania komentarzy podpada pod paragraf 38, który głosi, że nie można komentować działań moderacji - słowo daję, pasuje tutaj bardziej paragraf 22), przeczytałem tam ciekawy artykuł, w którym autor dywaguje, w kontekście ostatniego trzęsienia ziemi w Japonii, co kieruje ludźmi, którzy przeżywszy jakąś tragedię, idą do kościoła żeby się modlić dziękczynnie, chociaż wielu innych nie miało szczęścia wyjść cało z opresji. Skąd ta irracjonalna niemoralność? Albo jak to możliwe, że wszechmocny Bóg, niby taki dobry i w ogóle, a stworzył Japonię na uskoku tektonicznym - może, jak sugerują stereotypowi Amerykanie na facebooku, zrobił to w odwecie za Pearl Harbor? Trudno powiedzieć. Ale na buddyjskiej karmie najlepiej zna się Sharon Stone - w końcu Dalajlama jest jej kumplem.

Tak czy siak, zastanawia mnie, czy nawet w życiu prawdziwego racjonalisty, nie pojawiają się, zaskakująco często, wątki ewidentnie irracjonalne. Weźmy takie "dzień dobry". Co my właściwie chcemy przekazać tym komunikatem? Chwalimy się, że mamy świetny dzień, czy próbujemy rzucić zaklęcie, żeby ten dzień dobrym dopiero się okazał (tertium non datur!)? Jeśli to drugie, to czy nie byłoby rozsądne, żeby pomyśleć nad jakimś bardziej racjonalnym przywitaniem, nie wywołującym skojarzeń magiczno-zabobonnych? Może: niech żyje Darwin (w naszej pamięci)? Ave Dawkins? Wiwat teoria ewolucji!? Absurd? Kiedyś o kanalizacji mówiono, że absurd, bo się ludzie bali straszących wybuchem podziemnych odchodów, a dziś własny kibelek w mieszkaniu to niemal standard. Nie bójmy się absurdów!

Każdy prawdziwy racjonalista, prawdziwy, czyli nie żaden farbowany, co to niby antyklerykalny i pro-ewolucjonistyczny, ale skory żeby współbraci w rozumie "dobrym dniem" straszyć, po pogańsku niemal, musi, ale to musi przyznać, że nawet zwykłe "dzień dobry" nie jest sprawą banalną, gdy pomyślimy o tych wszystkich niewinnych dzieciach, narażonych na codzienny kontakt z zaczarowanym ciemnogrodem. Ktoś mógłby co prawda powiedzieć, że wymyślanie nowomowy pachnie Orwellem nawet wtedy, gdy mydlimy ludziom oczy dobrem hipotetycznych dzieci, ale ja zawsze powtarzałem, że Orwella można z powodzeniem czytać zarówno jako anty-utopistę, jak i instruktażowo - jak sprawić by społeczeństwo rosło w siłę, a ludzie zbyt wiele się nie zastanawiali, bo to im tylko szkodzi.

Zdaję sobie sprawę, że tego typu zmiany potrzebują czasu, by znaleźć sobie miejsce w ogólnym mempleksie naszej kultury. Ale małymi kroczkami... Kiedyś ludzi śmieszył "lunch", a teraz jak ktoś idzie na obiad w stolicy, to tylko na lunch. Z drugiej strony zdarza się czasem, że nawet pozornie korzystne zmiany mogą wyjść komuś bokiem w dalszej perspektywie. Wszak niektórzy obwiniają chrześcijańskich misjonarzy za głód w Afryce, bo oduczyli tam ludzi kanibalizmu. A Bogusław Wolniewicz, prekursor Beara Grylsa, wybitny polski filozof, tłumacz Wittgensteina i obrońca ojca Rydzyka w jednym, zaproponował był kiedyś, żeby zamiast marnować cenne białko, puszkować trupy i wysyłać na Czarny Ląd albo do Azji. Irracjonalne?

Paul Feyerabend, filozoficzny Jerzy Owsiak, powiedział był kiedyś do naukowców - antything goes - róbta co chceta, ludzie, byle byście byli zadowoleni. Nie ważne czy jest to racjonalne czy nie, wszak historia pokazuje dobitnie, że to, co dzisiaj mądre jutro jest głupie i na odwrót. W życiu codziennym oczekujemy jednak istnienia pewnych standardów, które pozwolą nam odróżniać racjonalne od irracjonalnego, a ładne od brzydkiego itd. W chaosie ciężko dobrać nawet parę skarpetek, jak więc można wyobrazić w nim sobie jakiekolwiek życie? Gdy raz wypuścimy Krakena dowolności, może się okazać, że wyzbieranie do kupy tego co wiemy, z gruzów tego, co nam się wydaje, może być zadaniem tylko dla ninja.

sobota, 29 stycznia 2011

Metodologia głosowania

Polityczny post. Ponoć ludzie, którzy wybierają się na wybory, głosują, ponieważ zgadzają się z programem danej partii, albo nie chcą powrotu Kaczyńskiego. Co za naiwność! Gdyby partie chciały realizować swój program (jaki program?), to by go, że tak pozwolę sobie błysnąć logiką, realizowały zaraz po wygraniu wyborów - tymczasem... Rywin, Lepper, Olejnik, Chlebowski... A wystarczy tylko coś sobie, że tak błysnę świadomością, uświadomić - większość polityków to ludzie z długim poselskim stażem, z czego wynika, że partie, zmieniając nazwy, nie zmieniają ludzi - następuje tylko przetasowanie kart. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby wymienić całą talię?

Ci, którzy żywią sympatię na przykład do poglądów lewicowych, mówią: SLD! Ewentualnie Palikot. A SLD nie miało przypadkiem okazji, żeby sobie trochę niepodzielnie porządzić? A Palikot nie był w partii rządzącej na znaczącym stanowisku? Czy ktoś naprawdę sądzi, że zmiana twarzy lidera w jakikolwiek sposób zmienia naczelny imperatyw partyjny: utrzymać się u władzy, posadzić swoich na stołkach i porobić kilka przekrętów, żeby ustawić się na przyszłość? A ci, którzy żywią sympatię do prawicy... W polskim parlamencie siedzi sam socjalizm - klerykalny albo antyklerykalny. Prawica?

Sondaże (hihi) wyborcze prezentują 4 (+2) możliwe partie do rządzenia: PO, PiS, SLD, PSL (+ ewentualnie PJN lub Palikot). Te drugie reklamowane są jako "coś nowego" - O RLY? Wybieramy nazwę partii czy ludzi? Bo jeśli ja chciałbym wybrać coś nowego, to poszukałbym KOGOŚ nowego. A w rzeczywistości ci NOWI plasują się w okolicach jednego sondażowego procenta. Kto "zmarnuje" swój głos na kogoś takiego, gdy pod krzyżem "straszy" Kaczyński?

Swego czasu Andrzej Lepper omamił społeczeństwo krzycząc, że on jeszcze nie rządził - dajcie mu szansę, a namiesza wśród tych "złodziei". I ludzie to kupili - to był swój, prosty chłop, który gadał politykom w twarz to, co zwykli ludzie mogli sobie tylko gadać przy wódce. W pewnym sensie rozumiem ten wybór. Był to wybór szkodliwy, fakt. Można się zastanawiać, czy następny taki eksperyment - wybranie kogoś nieznanego, jakiegoś kolejnego Tymińskiego - nie byłby nawet większą katastrofą. Ale jak długo jeszcze społeczeństwo będzie dawało robić się w konia ludziom, którzy wybierani są nie dlatego, że czynią DOBRO, ale dlatego, że mają najwięcej kasy na reklamy w mediach? Głosuj na nas lub umieraj.

Współczesna polityczna rzeczywistość nie sprzyja myśleniu w kategoriach ojczyźnianych - w Sejmie nie ma nikogo, kogo można by nazwać mężem stanu, kto o rację stanu by się troszczył, a nie o racje swoich sponsorów. Zachodzę w głowę, czy warto głosować na ludzi, którzy od lat siedząc w poselskich ławach, zawodowo, w świetle prawa, od 1989 roku regularnie ruchają społeczeństwo. Mark Twain mawiał, że gdy poczujesz, że jesteś w większości, nadszedł czas na zmiany. Świat byłby lepszy (tak myślę!) gdyby ludzie głosowali tylko na tych, których jest w mediach jak najmniej - do czasu, gdy zamiast śmiesznych obietnic na bilbordach, będą mogli wykazać się jakimiś konkretami. Tylko kto lubi konkrety? One są takie brutalne.

Czasem nie mogę opędzić się od cynizmu, gdy słucham przejętych histeryków mamroczących o zamachu w Smoleńsku - skąd nagle tyle miłości do polityków? Jakiś czas temu w Irlandii pojawiły się plakaty ze spadającym samolotem i z apelem do tamtejszego rządu: kiedy pójdziecie w ślady Polski? Zabawne. Jednak nawet w koncesyjno-etatystycznej demokracji nie potrzeba zamachu, żeby legalnie wymienić Parlament. Przynajmniej w teorii.


czwartek, 2 grudnia 2010

Daj się zaskoczyć

Uwaga spoiler!, czyli ostrzeżenie dla czytających, że treść poniżej może zdradzić kluczowe wątki fabularne, których przedwczesne poznanie grozi utratą frajdy z zostania zaskoczonym. A zaskoczonym chce zostać każdy! M. Night Shyamalan, całą swoją z filmu na film coraz gorszą twórczość oparł na odwracającym wszystko do góry nogami finale - tylko nie mówcie swoim znajomym, że zakończenie było takie słabe - wydawały się prosić napisy końcowe filmu Osada. Arystoteles, w swojej Zachęcie do filozofii przekonywał, że filozofowanie polega na dziwieniu się zwykłymi rzeczami - wtf? Natomiast ja, gdy próbuję zaimponować mojemu siedmioletniemu kuzynowi, mówię mu, że mnie tam już nic nie zdziwi. Jestem władcą spoilerów! A jeśli ktoś twierdzi, że okłamywanie siedmiolatków w celu dowartościowania siebie jest niemoralne, to niech sobie przypomni, że już niedługo 6 grudnia.

Albo telewizja. Co za zaskoczenie - grubas potrafi ładnie śpiewać. Twórcy programów typu Mam talent wmawiają mi, że przeważnie to ładni ludzie są utalentowani, a ja, gdy wyciągam wysokie, drżące c pod prysznicem, uświadamiam sobie z przykrością, że mogą mieć rację. No bo gdy niespodziewanie talentem błyśnie ktoś biedny i brzydki, to szok, łzy i Whitney Houston. Czasami, w przypływie żałosnego resentymentu, tworzę spiskową teorię mediów, które działając w ogólnoświatowej zmowie, miałyby planować sformatowanie mentalności motłochu do poziomu, w którym zdumiewają go taśmy Beger czy Oleksego (ojej, no więc to tak wygląda polityka?) albo tym, że ktoś znany z telewizji powiedział "kurwa". Słyszałeś, co on, kurwa, powiedział? Szok.

Ktoś taki jak ja, kto ględząc o otwartości umysłu, tak naprawdę dąży do przekonania otoczenia do swoich konserwatywnych poglądów na życie, wszechświat i całą resztę, chcąc nie chcąc musi zastanowić się nad utartymi, uświęconymi przez tradycję schematami. Gdy mi mówią, że różne kombinacje chromosomów X i Y świadczą o tym, że ludzkich płci można wyróżnić nawet dziewięć, to w pierwszym odruchu zupełnie nie wiem co powiedzieć. Bo to przecież takie zaskoczenie! Gdy ktoś inny mówi mi, że ludzki mózg "wie" jaką decyzję podejmiesz na kilka sekund przed tym, zanim ją sobie uświadomisz, to również jestem w szoku - oczywiście dopiero kilka sekund po tym, jak mój mózg rozdziawi ze zdumienia swoje synapsy. Jednak po chwilowym niepokoju, jakiego doświadcza każdy humanista w kontakcie z prawdziwym naukowcem, przychodzi orzeźwiająca konstatacja - może i naukowcy mierzą, liczą i wyjaśniają rzeczywistość, ale pomijają przy tym, jakby powiedział taoistyczny Kubuś Puchatek, Coś Istotnego. Co? To już zależy od tego, jaką właśnie dany humanista przeczytał książkę. Wszak naukowiec wierzy w to, co zobaczył, a humanista widzi to, w co uwierzył - no surprise? Accept the mystery.

Z mojego punktu widzenia na przykład na sztukę, czyli z punktu widzenia laika, który nie wstydzi się dywagować na tematy, o których nie ma nawet zielonkawego pojęcia, o miano najważniejszego kryterium oceny wszelkiej twórczości artystycznej walczą ze sobą wysiłek i pomysł. Ot, kibel podpisany przez Duchampa jako fontanna - wielka mi rzecz! Ale ten pomysł! Ikonostas z Marylin Monroe w wykonaniu Andiego Warhola - niby zwykłe kopiuj-wklej - ale ta ironiczna myśl! Z drugiej strony cała klasyka pełna kunsztu i dokładności, na widok której człowiek zadaje sobie odwieczne pytanie - że też im się chciało... I ten notoryczny brak czasu przed zbliżającym się końcem świata. Co innego zostaje nam, zagonionym, jak nie to krótkie, ulotne uczucie, gdy nic już nie jest takie jak wcześniej, a Brad Pitt i Edward Norton okazują się być... Spoiler? Każdy wie, że zdradzenie zakończenia książki czy filmu powinno być karane chłostą.

W jednej z powieści Kurta Vonneguta, jego alter ego, Kilgore Trout, pisze opowiadanie o tym, jak to Bóg stwarza człowieka, czyli istotę, która jako jedyna na Ziemi posiada wolną wolę - jest więc dla Boga totalnie nieprzewidywalna, a przez to fascynująca. Ich rozrywką jest gra, która polega na tym, że Bóg próbuje odgadnąć, co danego dnia powie człowiek - a człowiek raz mówi na przykład - dwudrzwiowy chevrolet, innym razem - suszarka do włosów. I tyle.


piątek, 26 listopada 2010

Tylko dla mądrych

Jestem taki mądry! - wzdycham do swojego ego za każdym razem gdy telewizja skusi mnie na jakiś film, który jest tylko dla mądrych. Incepcja! Obejrzyj ten zagmatwany (ale mądry!) film i sprawdź czy coś z niego zrozumiesz! Oto film, na którym trzeba trochę pomyśleć - czytam zachęty w różnorakich recenzjach internetowych (bo o wszystkim czytam tylko w internecie). Dobra! Sen w śnie, w śnie, w śnie... I Leonardo DiCaprio, kartezjański memetyk, bije się sam ze sobą i z demonami przeszłości. I te wybuchy! I ta epicka muza! Tuduuuuu! Aż dostałem zadyszki od tych wszystkich wykrzykników.

Teraz należałoby się spodziewać, że skoro ironicznie opisałem jakiś popularny film, to za chwilę będę piał peany na cześć Kieślowskiego. A nie. Gdy wiele lat temu przez wiele długich miesięcy w tzw. mini ratkach oglądałem Podwójne życie Weroniki, doszedłem do wniosku, że nie nadaję się na gorliwego wyznawcę twórcy Dekalogu. Ktoś powie - oj, no bo to Podwójne życie Weroniki to faktycznie, no nie za bardzo, tylko te cycki Irène Jacob trzymają jeszcze poziom. No ok, no ok, ale ja przysypiałem nawet na Niebieskim, gdzie tragedia, radzenie sobie z tragedią, Preisner itd. Nic. Wszystko blednie przy scenie śmierci Optimusa Prime w ostatniej części Transformersów. Jak to wytłumaczyć?

Telewizyjne pranie mózgu. Kultura instant, ktoś powie. Może zbyt długo wychowywał mnie w dzieciństwie Generał Daimos i Tsubasa Oozora, żebym mógł wytrzymać długie, liryczne ujęcia wypełnione wstrząsającą muzą. Być może po prostu ja chcę od razu, szybko, bez wysiłku - instant. Zalać gorącą wodą i się wzruszyć - huxleyowska soma naszych czasów. To by miało nawet sens, gdyby nie fakt, że mnie to w ogóle nie dotyczy. Po prostu. Nikt się nie przyzna, że ktoś/coś mu wyprał mózg. Sorry Gregory, porzucam ten akapit bez rozstrzygnięcia.

Bergman! Bergman robił filmy dla inteligentnych. O Bergmanie pisze się prace magisterskie na wydziałach filozofii. A ja nawet widziałem dwa i jedną dziesiątą filmów Bergmana - Personę, Tam, gdzie rosną poziomki i Fanny i Aleksander (jedną dziesiątą tego ostatniego - miałem problem z synchronizacją napisów i póki co zostawiłem tę filmową "klasę samą w sobie" w jakimś zakurzonym folderze na dnie twardego dysku). Ale ten Bergman! No bez bicia powiem, że może być. W Personie ciekawa była historia, natomiast metaforyczne wstawki ustawicznie działają mi na nerwy - po prostu nie cierpię tych metaforycznych, metafizycznych wstawek w filmach! Ale historia była ok i nawet wymsknęło mi się "och!" gdy pielęgniarka przeczytała tamten znamienny list. Autentycznie się przejąłem! A Tam, gdzie rosną poziomki? Prosta historia - i to stanowi o magii kina.

Co jakiś czas spotykam kogoś, kto mówi mi, że np film Fahrenheit 90-210 (czy jakoś tak) to mądry film, bo strażacy palą tam książki (schowane wcześniej w telewizorze). A dla mnie to nachalne moralizatorstwo (mówię "dla mnie", więc nie muszę już tego dalej uzasadniać). W Niebieskim kobieta traci w wypadku samochodowym rodzinę i próbuje się uporać z traumą i wszyscy są poruszeni. No dobra, tylko czasem sobie myślę, że przedstawianie wymyślonych, tragicznych zdarzeń to zawsze pójście na łatwiznę - każdy się tym przejmie. I gdyby tylko Kieślowski nie był tak nadęcie poważny w swoich filmach! Tam nawet dowcipy są smutne. Natomiast żeby wycisnąć emocje z prostej historii... To umiejętność, którą posiedli bracia Cohen. I trochę Bergman. A skoro twórcy amerykańskich filmów zaczęli nagle zbijać kasę na pragnieniu posiadania mózgu... Bla, bla, bla, pimps don't cry, bitch.


czwartek, 19 sierpnia 2010

Uznaj to, uznaj

Gdy wydawało się, przynajmniej mi, że we współczesnej Polsce o imponderabilia potrafią drzeć koty jedynie piłkarscy pseudokibice, pięć lat temu niespodziewanie, chociaż zgodnie z heglowską dialektyką dziejów, komuchów wyparło PiS i stało się jasne, przynajmniej dla mnie, że nie każdy jest zadowolony z przemian, jakie dokonano w naszym kraju po 1989 roku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że po pierwsze, nie mam pojęcia, co słychać na świecie, mimo, iż doskonale wiem co nowego u Lubliczów, oraz coś chyba kiepsko uważałem na lekcjach historii, bo nagle ze zdumieniem słucham ludzi, którzy wbrew temu co napisano w podręcznikach, kwestionują osiągnięcia okrągłego stołu albo oskarżają Wałęsę o współpracę z SB - a ja, co ciekawe, zaczynam im wierzyć. Chociaż, może nie jest to aż tak bardzo ciekawe, bo ja raczej z tych łatwowiernych.

Tak czy siak, ciężko podejrzewać mnie o jakieś sprecyzowane poglądy polityczne. Swego czasu zaczytywałem się w publikacjach Łysiaka, Ziemkiewicza czy Korwin-Mikkego, więc ci, którzy kojarzą tych autorów, mogą z grubsza przewidzieć, jaki to mogło mieć wpływ na mój sposób postrzegania świata - determinizm, hej. Jednak czasami, gdy nie mogę zasnąć, a awaria serwera pozbawiła mnie dostępu do sieci, wypełniam swe myśli nadzieją, że zachowuję sceptyczny dystans wobec treści wyciekających z mediów - wprawdzie po obejrzeniu pierwszej lepszej reklamy zaczynam łaknąć i pragnąć tego, co mi tam pokazali, ale gdy błąkam się później między półkami w Tesco, to przynajmniej zachowuję pełną świadomość, że jestem bezwstydnie zmanipulowany, i gdy kupuję te wszystkie niepotrzebne mi bzdety, cierpię straszliwe katusze.

Tak więc gdy ostatnio, snując się bezmyślnie po Tesco, utknąłem w dziale RTV, moją uwagę przykuła obrona krzyża w jakości HD, i poprzez zalew śmiechów i chichów w dolby surround, dotarło do mnie, że są miejsca w Polsce, gdzie wciąż jeszcze toczy się walka na śmierć i życie o prestiż. O uznanie, które nie polega na zakupie mieszkania na strzeżonym osiedlu, ale przejawia się w niewidzialnej, niematerialnej sferze wartości. A jakby powiedział Hegel, nie zrozumiemy tego my, spadkobiercy brytyjskiego empiryzmu Locka, bezpieczni i drżący ze strachu przed gwałtowną śmiercią - są sprawy nie-z-tego-świata dla których życie warte jest poświęcenia.

W całodobowym supermarkecie, między mrożonkami a pampersami, gigantyczna płaska plazma wyświetlała starców miotających wyzwiska - fanatycy, komentowali ludzie obładowani zakupami. Modlą się dzień i noc. A wokół moherów wesoła gromada młodzieży uzbrojona w inteligentną ironię - okrzyki i przedrzeźnianie modlących wymieszane z salwami śmiechu. Co któremu staruszkowi puszczą nerwy, zaraz obskakują go dziennikarze - może powie coś "mocnego" o Żydach, spisku, prezydencie i UB? Wariaci - daje do zrozumienia przejęta prezenterka TVN24. I chociaż niektórzy ludzie mają prawo się gromadzić i protestować - górnicy palili opony, geje maszerowali przez miasto manifestując swoje preferencje seksualne, przejście graniczne okupowali swego czasu nawet przemytnicy papierosów, to nie każdy zyska sympatię mediów. Gdy pod pałacem prezydenckim protestują staruszkowie, modląc się namiętnie, to czy tylko ja mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie publiczne odmawianie różańca albo śpiewanie pieśni religijnych jest strasznym obciachem? Co za obciachowi protestujący!

Obciachowi protestujący odsłaniający słabość państwa słusznie budzą śmiech. Gdy czarne skrzynki prezydenckiego samolotu wciąż tkwią w Rosji, pomimo kolejnych upomnień ze strony polskiej prokuratury, bezsilny chichot wydaje się zdrową reakcją. Gdy gromadka staruszków wyraża swoje niezadowolenie z opieszałości śledztwa, niedbałości urzędników i podejrzanego zachowania monopartyjnego rządu względem "krzyżowców", trudno zachować powagę - ogólna wesołość jest zbyt zaraźliwa. Co prawda od czasu do czasu ktoś wysnuje podejrzenie, że cała ta afera to cyniczny, piarowo-peowcowy zabieg, by przy okazji najbliższych wyborów straszyć Polaków obrazkami fanatycznych pisowców-krzyżowców, a w międzyczasie w miarę bezboleśnie podnieść podatki, ale nie dbajmy o to. Uznanie? To niepotrzebne psucie dobrego nastroju.