niedziela, 27 lipca 2014

Erotystyka

– No to może zacznę, że niby wprowadzę w temat czy coś. A więc dziewczyna. Rzuciła cię dziewczyna i teraz ty, jako prawdziwy, resentymentem podszyty facet, będziesz się jej czepiał. Opowiesz mi z wybiórczymi szczegółami, jak się starałeś, a ona nie, że ty chciałeś, a ona nic, że ty tak, a ona że… 
– Ejże! Przyznaję, pierwszy raz topię smutki w szczerej rozmowie, ale coś tak czuję, że ten typowo męski koncert żalu powinien się był zacząć bardziej współczująco, szczególnie z twojej strony. Już nic nie mów, niech będzie. Fakt, zacząłeś beznadziejnie, ale to dobrze – mam się do czego przyczepić. Po pierwsze – to nie jest tak, że ja tego potrzebuję, że muszę ciężar zrzucić, wygadać się... Mogę z tym żyć i nikt mi nie powie, że hej, popatrz na duszę tego biedaka, jak on tęskni czy coś. Nie tęsknię, nie cierpię, nic. To nie mój styl. I nigdy by mi do głowy nie przyszło, aby gadać o tych wszystkich byłych dziewczynach, tak typowo o tym nawijać. Więc jeśli jestem teraz typowy, to przynajmniej ironicznie. Może trochę żałośnie. 
– Chodzi ci o to, że sam ze sobą teraz gadasz, że tylko do siebie mówisz? 
– To zdaje się działa lepiej, jak się o tym za bardzo nie myśli. No ale skoro już to powiedziałeś, to pewnie w interesie czytelnika, żeby przypadkiem nie poczuł się później, nie wiem, zaskoczony. I teraz ja zachowuję się dziwnie. No dobrze. Nawet jeśli rozmawiam ze sobą, to przecież wcale nie znaczy, że muszę oszukiwać, faworyzować którąś ze stron, jak podczas samotnej gry w szachy, gdy podkładasz się niby niechcący czarnymi, testując nowy debiut białych, pułapkę albo widły. Tak, wiem, zaraz powiesz, że podstawiam argumenty, że sobie przesłanki podrzucam pod akceptację, byle wygodniej. Ale to już na słowo musisz, musicie uwierzyć, że nie. I tak, zdaję sobie sprawę, że ktoś to przeczyta, że ktoś to może czyta właśnie, ale wierzcie lub nie, ta historia jest prawdziwa. Tak prawdziwa, jak prawdziwe są historie opowiadane przez facetów gadających do siebie. 
– Z tą różnicą, że ty w to nie wierzysz. Nie wierzysz, że jesteś schizem lub innym psycholem; uważasz, że jesteś całkiem normalny. 
– No jestem. A jeśli ktoś pomyśli, że to nie był żart, to, no. Dziewczyna! Dziewczyna, bo to o nią tutaj chodzi, nie żyje. Trudno. Skoro jej już – z oczywistych względów – do niczego nie przekonam, pozostaje mi się tylko komfortowo utwierdzić w swoich na jej temat poglądach. Żartuję przecież. Gdybym nie chciał być obiektywny, to bym nikogo nie prosił o komentarz. Posłuchaj – dwie historie. Najpierw to. Jedziemy nad morze, a tam standard – szum fal, mewy, słońce, mokry piach i ślady bosych stóp. Ona mówi – idź przodem, a ja ci zrobię ładne zdjęcie, jak te ślady za tobą, a ty na ich końcu, taki zamyślony. A ja na to – przecież każdy zobaczy, że kazałaś mi, żebym na końcu tych śladów taki sztucznie zamyślony w tym wykadrowaniu szedł, stał, cokolwiek. Zróbmy inaczej – mówię. I zacząłem bezcześcić gładką od morskiej wody plażę akrobatyką skacząco-turlającą. I ślady to wszystko zdradzały – zamiast lirycznego szwendania, był tam chaos, dłonie, kolana, rozsypania i rozrzucenia piaskowe, a na końcu ja, oczywiście zamyślony, ale z książką jeszcze, jakby nigdy nic, w lekturze. Ona na to, że się wygłupiam, że to pobojowisko plażowe nijak się ma do mojego zamyślenia książkowego, że ślady mówią co innego i że to nie pasuje. A ja, że o to chodzi właśnie, a ona, że nie rozumie i żeby się już nie kłócić, tylko lepiej pójść coś zjeść. No i to wszystko, masz mniej więcej wyobrażenie. A druga historia, podobna, działa się w kosmosie. Odwiedzamy planetę K2–coś–tam, ale co istotne, to nikt tam nigdy wcześniej, wiesz, nie oglądał żywego człowieka. 
– A martwego? 
– No, teraz już tak. Ale wtedy, na początku, jeszcze nie. Więc wychodzimy ze statku razem, ona i ja, prawie jak Adam i Ewa wracający z wygnania…
– No daj spokój. 
– Takie porównanie tylko. Przed nami, że się tak wyrażę niepoprawnie politycznie, zgromadzenie ciekawskich kosmitów. Dziewiczych takich, nigdy wcześniej człowieka niedoświadczonych. No i nie wytrzymałem, złożyłem dłoń jak w Star Treku i mówię, że przybywamy w pokoju i żeby żyli długo i dostatnio. Oczywiście oni w panikę, rozpierzchli się na wszystkie strony, a dziewczyna ma do mnie pretensje, że złamałem ileś tam protokołów i dyrektyw, że straszę niewinne istoty i w ogóle jestem głupi. No ale przyznaj, że ten gest się sam prosił przecież...
– Napędziłeś im niezłego stracha. 
– Przyznaj chociaż, że to było zabawne, że jak na filmie, tylko tym razem naprawdę – wyjście z rakiety, kosmiczne pozdrowienie… 
– Przestało być zabawne, jak jej urwali głowę. 
– No, wtedy już tak. 
 – A ty uciekłeś. 
– Dzikusy. Bo to szalone, kosmiczne dzikusy były. Najważniejsze, że nie doszłoby do tego, gdyby mnie nie skrytykowała, gdyby nie wybiła z rytmu tym sceptycznym kręceniem i wzruszaniem ramion. Wszyscy wiedzą, jak to jest z kosmosem. Z tym metafizycznym kosmosem, który faworyzuje szczere intencje. Jak ktoś ma szczerą intencję i tworzy swoją historię w zgodzie ze swoją wewnętrzną narracją, to nie ma znaczenia, co jest dobre, a co złe. Robisz wtedy tylko to, co słuszne, a inne opcje nie istnieją. Dla mnie słuszne było to, co zabawne, a dla niej to, co prawdziwe. Umieranie nie jest zabawne, ale jest prawdziwe i przy niej – przy tej dziewczynie z jej realizmem i faktami – te wszystkie poważne opcje stały się nagle możliwe. A jeśli coś jest możliwe, to może się stać. No i stało się. 
– Masz rację. No ona faktycznie nie była zbyt mądra. 
– No.

piątek, 3 stycznia 2014

Hobbit I: Recenzja fabularna

Rolę narratora przyjmuję z pewnym skrępowaniem. To boskie zajęcie, a ja jestem na to zbyt skromny. Bywam przekorny, przyznaję. Czasem skrycie, po cichu megalomański, no ale bez przesady. Z demiurgicznym zażenowaniem opowiadam banalną historię, a rzeczywistość wyłania się – wyłania, jakie to zaskakująco nieprzyzwoite słowo. 
I wtedy Arek - Arek, Marek, Henryk, nieważne kto, przecież to i tak tylko fantazja – powiedział, że kamienne giganty istnieją. I że legendy okazały się prawdziwe. Wstyd się przyznać, ale zadrżałem. Powiedział to z taką epicką zuchwałością, że aż przeszły mnie ciarki. Uniesiony triumfalnie kufel piwa w jego dłoni podkreślał i ustanawiał trop literacki, któremu uległem, zahipnotyzowany. W tym była taka symbolika. Taka jakaś. Ale Ryszard – pozbawiony metafizycznej wrażliwości – zaprotestował. Strasznie gwałtownie to zrobił:
- To cytat z filmu, a nie z książki, eee... 
Był ewidentnie wstawiony, ale miłość do Tolkiena przezwyciężyła alkohol. 
- Eee – jęczał. – Nie, nie. Nie, kurwa. O! 
Kurwa była zaskoczeniem. W naszym towarzystwie – a obracam się w towarzystwie na pewnym niemożliwym do zmierzenia poziomie (chociaż przyparty do muru powiedziałbym, że przynajmniej piętnastym) – panuje niepisana (do niedawna) umowa, zgodnie z którą wulgaryzmy służą podkreślaniu wyłącznie tych tez, które dotyczą spraw ostatecznych. Z oczywistych względów prowadzi to do licznych kontrowersji, zwłaszcza na tle religijnym. Z nieukrywaną naganą odebraliśmy więc kurwianie Ryśka przy Hobbicie, wszak naruszał właśnie swój skromny limit niecenzuralności, pozostały po ostatniej jego deklaracji, że Bóg istnieje i chuj. Wspaniałomyślnie uznaliśmy jednak alkohol za okoliczność łagodzącą, a muszę przyznać, że wzruszają mnie takie akty spontanicznej wspaniałomyślności. Moment.
Tak więc Arek, Marek lub Henryk – i jest to naprawdę jedna osoba, bez żadnych konotacji teologicznych – odstawił kufel z głuchym stuknięciem. Jestem wrażliwy na dźwięki i w ogóle muzykę, więc chcę dokładnie oddać nastrój chwili – rozległo się wyraźne "stuk" - po czym przybrał minę wyrażającą zdumienie. Ale takie nietypowe zdumienie, którego w pierwszej chwili nie mogłem wyraźnie odczytać. Zrobił o tak: a nie, głupim, nie da się przecież pokazać miny w tekście, ho ho, literackim. No trudno, inni – ja czyli, ale byłem zajęty rejestrowaniem wydarzeń, a że nic prawie mnie nie dziwi, to jakby mnie nie było. No ale Marzena! OK, Marzeny też nie było, ale gdyby była, powiedziałaby coś w stylu: 
- Ryszard, jesteś pijany. Idź do domu. 
Ale Ryszard nie poszedł do domu, bo nie było Marzeny – to nieskomplikowana sylogistyka, z której wynika, żeby lepiej nie zabierać Marzeny do kina. Bo gdyby wtedy przyszła, i gdyby kazała Ryszardowi zabrać dupę w troki, to nikt by nie usłyszał i nikt by się nie dowiedział, no nikt już nigdy, że – patrzcie, no po prostu patrzcie, jak to wtedy było: 
- Ja, Ryszard – zaczął Ryszard, który – i jest to jedna z wielu irytujących cech Ryszarda – miał on mianowicie niezdrową  (tak, niezdrową; to zostało stwierdzone u specjalisty) manię podkreślania, że nie jest kimś innym, tylko że jest właśnie sobą, Ryszardem. No i on wtedy:
– Ja się nie zgadzam – stwierdził całkowicie przytomnie.  – Kamienne olbrzymy, giganci czy co tam, to były przewidzenia i to jest nieprawda. I potrafię to udowodnić, ponieważ wiem, że mam rację. 
Dla Klaudii, która bez skrępowania podkochiwała się w Ryśku, cokolwiek wypadało z jego głowy, stawało się prawdą objawioną. Ale nie tylko to. Klaudia zrozumiała także, że nienawidzi Marzeny. Dla reszty było to zupełnie niezrozumiałe i tajemnicze – ta niespodziewana nienawiść do starej koleżanki. Chociaż Marzena została u siebie, wywodziła w swym mózgu Klaudia, to przecież w innym, zupełnie możliwym świecie, odprowadzała właśnie Ryszarda do domu. Dziwka, myślała Klaudia, marnując w ten sposób – tak, w naszym towarzystwie, najpierw dla jaj, ale teraz to już zupełnie na serio, potępiamy takie nieodpowiedzialne myślozbrodnie – wulgaryzm na sprawy całkowicie nieostateczne. Kobiety! Nie rozumiem ich fascynacji logiką modalną. A Rysiek kontynuował: 
- Wyobraźcie sobie, a przecież nawet nie musicie sobie tego wyobrażać, bo to jest fakt historyczny... Tolkien napisał Hobbita przed Władcą Pierścieni! 
Nie no, przepraszam, naprawdę, ale pomyślałem wtedy, że takie rzewne pierdolenie powinno być karalne. I wszyscy się zgodzili, że jest w tym coś ostatecznego, bo nikt nie miał do mnie pretensji, że tak sobie brzydko kontempluję. A każdy przecież wie, że Hobbit został napisany przed Władcą Pierścieni, powiem więcej, pojawił się przed wieloma innymi rzeczami, więc atakowanie nas takim ewidentnym faktem było ze strony Ryśka, no, co najmniej niegrzeczne. Postanowiłem interweniować: 
- Daj spokój, Rysiek. Powiedz lepiej coś oryginalnego. 
No i przez chwilę poczułem się jak Truman Capote. Capote wymyślił bowiem nowy gatunek literacki – powieść faktu. A to jest opowiadanie faktu i podobnie jak Capote jestem narratorem, który wpływa na bieg zdarzeń – na fakty! – aby podnieść atrakcyjność historii. Przyznaję – zrobiłem to z zimną krwią. A efekty były zdumiewające! Rysiek zaczął mówić do rzeczy: 
- Tolkien przy Hobbicie nie wiedział, że odkrył wielką historię; tak, wierzę w to, wierzę, że artysta-pisarz, że on odkrywa historie jak paleontolog odkrywa dinozaura! (No to bardzo ładnie) Na przykład triceratopsa! (Jeszcze ładniej) I on może przeczuwał, chociaż w swojej świadomości pierwszo-poziomowej czy coś, jeszcze tego nie wiedział, tak, no, fenomenalnie. Ale to nic! To nic! Bo to była bajka dla dzieci, a dzieci myślą magicznie, więc wyjaśnienia nie muszą być naturalne, a więc kamienne giganty to takie magiczne wyjaśnienie naturalnego zjawiska; zwykłej, to znaczy niezwykłej, bo bardzo gwałtownej, ale zwykłej, czyli naturalnej górskiej burzy! 
No taka teza nie mogła nie wstrząsnąć Arkiem-Markiem-Henrykiem (dajcie spokój, poznałem go akurat tamtego dnia i zapomniałem jak się nazywa, a później głupio było spytać): 
- Gandalf był przecież czarodziejem i był czarował nienaturalnie, a nie naturalnie, czyli używał magii – wykazywał zupełnie sensownie. 
- Ale to była naturalna magia spójna z uniwersum, mitologią i historią! – replikował Rysiek, jak dla mnie nieprzekonująco, chociaż później nieco ciekawiej: 
- Jackson powinien o tym wiedzieć, zamiast pompować epickość z gadających trolli. Burza była tak silna, że im wydawało się po prostu, no wydawało im się tylko, że widzą kamienne giganty; a trolle nie kłóciły się o sposób przyrządzenia krasnoludów werbalnie, tylko brutalnie i niewerbalnie. To Bilbo wszystko zmyślił, żeby się hobbiciątka nie zestresowały podczas słuchania o tym przy śniadaniu, obiedzie lub kolacji. I gadający smok. Smok! No albo był smok i nie gadał, albo był ewentualnie Majarem! I wtedy mógł sobie mówić, ile chciał! Ale nie gadający smok! Bo smoki i inne antropomorficzne zwierzęta występują tylko w bajkach! Na przykład w gejowskiej Narnii.
- Odpierdol się od Narnii! - krzyknął ktoś z boku.
- No i Jackson powinien był to wszystko uwzględnić - podsumował Ryszard, mocno już spocony. - A Narnia ssie.
- Władca Pierścieni to, uwaga, bajka – wyzłośliwił się tamten, nieokreślony, a dyskusja rozgorzała na nowo.
 - To nie bajka!
- A co?
- Gówno. 
- W Wiedźminie też był gadający smok, i co teraz?
- A co ma być?
- Nic.
- No właśnie.
I tak dalej. Słowo daję, znudziła mnie ta paplanina i sobie poszedłem. Miałem zamiar pójść z Klaudią, ale nie chciała się ruszyć wpatrzona w wizje Ryśka, ze strużką śliny zwisającą jej z kącika ust. Głupia. A Arek-Marek-Henryk?
- Sorki, ale ty masz w końcu na imię Arek, Marek czy Henryk? - zapytałem, bo ciekawość przezwyciężyła strach przed wywołaniem niezręcznej sytuacji.
- Jestem Radagast.
- Ta, jasne.
Nie wierzyłem nawet wtedy, gdy odjechał - jak powiedział: "by śledzić poczynania Nekromanty" - na swoich saniach zaprzężonych w gromadkę magicznych królików. Okropny ze mnie sceptyk. I nagle zupełnie nie wiem skąd, ale poczułem się jak transformer. Ech, qualia.

piątek, 1 listopada 2013

Filozofowie, którzy nienawidzą filozofii

Ech, filozofia. Fi-lo – język dotyka podniebienia – (li-ta) zo-fia – delikatne dmuchnięcie. Wydawać by się mogło, że w filozofię wbijają szpilki nie ludzie, lecz, no, barbarzyńcy pozbawieni humanistycznej wrażliwości. Podczas gdy wypada się czasem przyczepić do obiektu naszych westchnień, z miłości przecież, że coś tam przedmiot nie taki jak trzeba, metoda podejrzana, a i cel źle rozpoznany; lecz oddawać się bezwstydnej nienawiści, która dla tych wszystkich mięczaków przepełnionych religijnym resentymentem zdaje się uczuciem szkodliwym, destrukcyjnym i złym? Czepiać się z nienawiści? Nikt nie uwierzy, że kryją się tutaj jakieś dobre intencje. A aspektowo każdy pozwala sobie na słodko-kwaśne chwile nienawiści do filozofii i nie mówcie, że nie. Większość wkurza oderwanie filozofii od nauk przyrodniczych, resztę zbytnie z nimi flirtowanie. Jedni, nie ruszając się z fotela, zamknęliby świat we wszechogarniającym systemie (heglizujący holiści), inni woleliby babrać się w materialnym brudzie (przebrzydli empiryści). Część uwiera niepraktyczność filozofii, a pozostałych skupianie na kwestiach społecznych. A mnie ostatnio znowu zirytował Kieślowski, więc jestem wykurzony na filozofię religii. I na kino w 3D, ale o tym później. No jak można być filozofem religii? 

Jak można być filozofem religii? – Pytałem siebie na widok płonących szczątków samolotu – uwaga spojler – w finałowej scenie Przypadku. Nie, zmyślam. Moją pierwszą myślą było, że to strasznie słabe zakończenie jest. Później obejrzałem Hannah i jej siostry, no i się zaczęło. Przypadek (i naprawdę nie mogę ścierpieć tych snobistycznych kinomanów polecających filmy Kieślowskiego przy okazji różnych dyskusji o przypadku) pokazuje, że życiem, uwaga, rządzi przypadek. I coś tam o Bogu, komunizmie i mrugający Jezus. Istnieje teoria, według której Woody Allen, podczas kręcenia Hannah i jej siostry, okiem mrugającego Jezusa puścił do kieślowskiego Przypadku, no cóż, oko (Kieślowski w Przypadku nawiązuje do Manhattanu). W obu filmach bowiem bohaterowie szukają sensu życia w pozbawionym sensu świecie – w filmie Kieślowskiego sens można odnaleźć (między innymi) w religii, a w filmie Allena, po odrzuceniu opcji żydowskiej, katolickiej i hare-krysznowej, sensem jest po prostu czerpanie radości z życia. I kino. Ale nie w 3D. Im więcej Sandry Bullock w 3D, co jest ok, tym jednak mniej fabuły. Takie tam niespodziewane refleksje po Grawitacji. 

Tak czy siak, w jednym i drugim obrazie (Przypadek vs Hannah i jej siostry) występuje mrugający Jezus. Ale poważnie mrugający, a nie jajcarsko, jak ten z Dogmy. Mrugający Jezus otwiera lub zamyka oczy w zależności od miejsca, z którego na niego patrzymy. Kiczowate dewocjonalia w filmie Kieślowskiego stają się katalizatorem metafizycznych uniesień, którym ulega Bogusław Linda modlący się agnostycznie do Boga z prośbą, żeby Ten (skoro już się zebrał w sobie Boguś, i w Niego, bo w Kogo Innego, uwierzył) w ogóle istniał. W filmie Allena, Woody stoi przed straganem z religijnymi gadżetami, kiwając się z boku na bok, aby z tego jezusowego mrugania wykrzesać jakieś kosmiczne znaczenie. Po chwili wzrusza ramionami i idzie dalej. Bo to jak wciskanie bezsensownego guzika, przy którym wisi tabliczka z ostrzeżeniem, że wciśnięcie go nie ma żadnego sensu – klik – hm, rzeczywiście. I masz babo placek – tak samo jest z filozofią religii. No co, może nie? Tylko tabliczki ostrzegawczej brak. 

Filozofia religii. Filozofia religii interesuje się sprawami, na które każdy, dosłownie każdy ma jakieś zdanie – czy to nie irytujące? Filozofia religii analizuje argumenty, z których jednocześnie wynika, że Bóg istnieje lub nie istnieje – no sami powiedzcie, czy jest to poważne? Filozofowie religii bronią teizmu ściemniając przy tym, że uprawiają niekonfesyjną filozofię – no naprawdę – czy oni atrybuty Boga i jego domniemaną cudowną aktywność w świecie wydedukowali, ot tak, z głowy? Koniec końców okazuje się, że filozofia religii to tylko zbiór ekstrawaganckich twierdzeń charakteryzujących się niedostatkiem przemawiających za nimi dowodów. I słowo daję, tak właśnie jest, a ja czytam tych wszystkich Plantingów tylko po to, żeby robić na złość tępym ateistom. No bo ja przecież jestem taki przekorny. Być może przemawia przeze mnie teraz ogólne jesienne rozdrażnienie, chociaż nie sądzę by mój męski, czyli obiektywny mózg, mógł zostać rozproszony przez jakieś przyziemne, babskie namiętności. To pewnie tylko kwestia okolicznościowych hormonów. Za jakiś czas mi przejdzie.

Filozofia religii przypomina mi pewną psychiatryczną ciekawostkę. Pół wieku temu - Milton Rokeach - kreatywny psycholog z Michigan, zamknął w jednym ośrodku trzech facetów, którzy myśleli, biedni schizofrenicy, że są Jezusami. To pomysł, na który sam mógłbym wpaść, wszak mam tendencje sadystyczne i nie obchodzą mnie etyczne konsekwencje (bo przecież, po wittgensteinowsku [a co tam], kwestia następstw czynu jest nieistotna). Spotkanie trzech Jezusów nie sprawiło jednak, jak sądził psychiatra, że absurdalność sytuacji w cudowny sposób uleczy nieszczęśników z ich nadprzyrodzonych ambicji – jak można (można-nie-można) się było spodziewać, nastąpił proces racjonalizacji. Pierwszy Jezus uznał, że pozostała dwójka samozwańczych Jezusów jest, no, samozwańcza i nie oddaje mu czci, ponieważ to roboty (ewidentne szurnięcie transhumanistyczne). Drugi Jezus doszedł do wniosku, że właściwie a niech im - zapasowym Jezusom - będzie, mogą sobie być bogami, ale pomniejszymi (szurnięcie życzliwo-politeistyczne). Trzeci Jezus jednak, co zaskakujące, praktycznie w ogóle się nie przejął. Czemu? No bo przecież zamknęli go z pacjentami szpitala psychiatrycznego (najpodstępniejsza odmiana szurnięcia i ponoć niezwykle popularna - szurnięcie logiczne). Gdyby to była bajka, na końcu okazałoby się pewnie, że ten ostatni Jezus jest Jezusem prawdziwym. Ale niestety, oni wszyscy byli chorzy.

środa, 17 lipca 2013

To przecież tylko dla naszego dobra (i w ogóle)

Gdy ostatnio wyszło na jaw, że politycy dotrzymują jednak czasem swoich wyborczych obietnic - np. słuchają głosu każdego obywatela - większość zareagowała zaskakująco nerwowo. Skąd ta panika? - pytam znajomych kodujących asymetrycznie w kryptograficznym szale wysyłane między sobą pliki - dopiero co narzekali, że rząd ich nie chce słuchać, a teraz nagle tacy strasznie tajemniczy. Ine rpezsazkzdja ubidel -  odpowiadają szyfrem z przesunięciem, a chociaż nic z tego nie kumam (jestem beznadziejny w literaki), to coś tak czuję, że to raczej nic przyjemnego. Na odczepnego mówią mi w końcu, że słuchanie obywatelskich postulatów wygłaszanych w przestrzeni publicznej jest czymś zupełnie innym, niż podglądanie ludzi podczas podziwiania przez nich internetowych fotek uroczych kociaków (nie wiem co miałoby być w tym takiego wstydliwego, ale może coś źle tłumaczę z angielskiego). Ale nawet jeśli ci panikarze mają rację, że rząd nie ma prawa mieszać się do naszej prywatności, to ja i tak im jej nie przyznam, ponieważ mam z tym straszny problem - z przyznawaniem ludziom racji; jestem po prostu strasznie przekorny.

Faktem jest, że najprawdziwsi i najautentyczniejsi jesteśmy wtedy, gdy myślimy że nikogo obok nie ma. Wiem o tym ja, wiedział o tym gombrowiczowski Józio desperacko próbujący się odkochać, podglądając pod prysznicem Pensjonarkę. A że najwyraźniej nie wszyscy potrafią tak jak Pensjonarka i oczywiście ja (bo ja to nie mam żadnych tajemnic, prawie żadnych) konsekwentnie trzymać się swojej formy zarówno wśród "ludzi", jak i w domu, więc trafia ich szlak, gdy ktoś im próbuje dłubać przy intymności. Albo przy mailach. Gdy Edward Snowden nie zdziwił nikogo ujawniając coś, co wszyscy i tak od dawna przeczuwali, internauci zareagowali tak jak każdy paranoik, który okazuje się mieć rację - podkręcili tylko swoje paranoiczne fiksacje. I nagle skoro rząd czyta maile, to i pewnie zmienia środowisko smugami kondensacyjnymi, a w wolnym czasie spiskuje z kosmitami. Wiem, wiem, sprowadzam poważne rzeczy do absurdu, ale to tylko dlatego, że jestem taki strasznie przekorny. Mhm.

To nie jest tak, że wszystko mi wisi i powiewa. To nie jest nawet kwestia cynizmu. Nie mam nic do protestujących, sam często protestuję, chociaż mniej spektakularnie - np. krzyczę do monitora - a skandujące na mrozie masy budzą mój szczery podziw i szacunek (sam bym tam pewnie poszedł pokrzyczeć, gdyby nie paniczny strach przed tłumem). Mój problem polega więc na tym (oprócz agorafobii oczywiście. I hipochondrii. I, o Boże, arachnofobii), że chociaż rozumiem zło inwigilacji (czytało się trochę Orwella, a co), to nie bardzo wiem do kogo mam mieć o nią pretensję. Do rządu? Do Masonów? Do Żydów? A może po prostu do sił ciemności? I nic nie stoi na przeszkodzie (bo niby co?), by uznać rząd za sił ciemności emanację, a wtedy całkiem (dla odmiany) jasne się staje, że złość ludu na rodzimych politykach musi się z ulicznym zaangażowaniem skoncentrować. Ale czy z drugiej strony nie może być i tak, że ci nasi swojscy stołeczni okupanci, przepychając chyłkiem różne niewygodne dla społeczeństwa ustawy, robią to jakby niezbyt chętnie, wiedząc, czując może podskórnie, że wkrótce, gdy im mandat wygaśnie, sami trafią do szaro-obywatelskiego limba, stając się, tak jak reszta przypadkowych rodaków,  przedmiotem istniejącym ponieważ postrzeganym? No a skoro "tak naprawdę" nie chcą ludu swojego szpiegować, to czemu to w ogóle robią?

Może czynią to ze strachu (bo kto by się nie bał sił ciemności)? Z głupoty (najpewniej) albo po prostu z chciwości i żądzy władzy? A może wkurzać nas powinna przede wszystkim Bruksela, a jak nie ona, to już na bank USA? Nie wiem, chociaż dla mnie takie nieokreślone wkurzenie to i tak chleb powszedni, bo ja ciągle strzelam na coś focha. Pomijając jednak źródło złej, inwigilacyjnej woli, to co z motywami za całym tym prismowym spiskiem stojącymi? Cui bono (cui malo)? - aż chciałoby się zapytać, puszczając oko do niewielkich piewców kultury wysokiej. Moim zdaniem, a zwykle się ze swoim zdaniem zgadzam, sprawa wpisuje się w szerszy kontekst, uwaga, filozofii, znowu uwaga, karania, co sprowadza się do pytania - czy większy nacisk powinniśmy kłaść na prewencję, czy jednak w obawie przed raportem mniejszości interesować nas powinny raczej tylko konsekwencje tych niezbyt dobrych postępków? Korwiniści wszelkiej maści wybierają drugą opcję, a ci wrażliwsi, i nie zawsze lewaccy zapobiegacze, załamują w odpowiedzi ręce nad rzeszą ofiar, których można by uniknąć, gdyby tylko skuteczniej ludzi od robienia potencjalnie złych rzeczy zniechęcać. A jak to się ma do czytania maili?

W obecnych czasach - co w Gronach gniewu uświadomił mi ostatnio Steinbeck, a co wam może uświadomić cokolwiek innego, bo ja się tutaj tylko subtelnie chwalę, że czytam czasem ambitne książki - coraz częściej to nie ludzie są odpowiedzialni za zło tego świata, lecz idee, którym służą. Idee te przerastając swoich twórców, uzależniają ich od siebie, wiążąc pomyślność jednostek z dobrem, caps-alert, SYSTEMU (jak bardzo banalnie by to nie brzmiało). System ten nie jest, wbrew opinii anty-konspiratorów spiskowych, centralnie sterowanym narzędziem opresji sił ciemności, jest raczej samodzielnym produktem myśli ludzkiej (niech będzie - siłą ciemności samą w sobie), który ocierając się o jakieś metafizyczne sprzężenie zwrotne, produkuje swoich własnych wyznawców, nawet tych krytycznie nastawionych. I okazuje się nagle, że atakując system, atakujemy samych siebie, zanurzonych w ideologicznym oceanie naszego miejsca w historii, bez większych szans na wyjście poza horyzont zdarzeń. I łatwo powiedzieć, że nie podobają nam się reguły rządzące informatycznym światem, ale trudno wskazać jakieś nowe i lepsze, tym bardziej, że nie ma jak wrócić do starych.

Współczesny system "demokracji liberalnej" promuje bezpieczeństwo i zniechęca do umierania za poglądy - i nikt nie powie, że jest mu z tym źle; strach przed utratą życia w zamachu o zasięgu nuklearnym - a zagrożenie atakiem z użyciem broni atomowej jest całkiem realne - popycha nosicieli "memów prewencji" - strażników systemu - do drastycznych, prewencyjnych kroków - do powszechnego, profilaktycznego skanowania w poszukiwaniu wszelkiego malware'u - "złych pomysłów" możliwych do realizacji - np. szperając w naszej korespondencji. I chociaż słusznie protestujemy przeciwko takim praktykom, to z drugiej strony oczekujemy przecież skutecznej ochrony przed międzynarodowym terroryzmem (bo cokolwiek rząd robi - ironia - zawsze jest to wymierzone przeciwko terrorystom lub w trosce o nasze dzieci) - i bądź tutaj mądry i wskaż złoty środek. Koniec końców w zamian za poczucie otępiającego bezpieczeństwa system żąda od nas ofiary z prywatności, i wielu, być może zbyt wielu, jest w stanie się na to zgodzić.

Czy uprawiam teraz usprawiedliwianie Wielkiego Brata wraz z całym jego wścibskim systemem Ministerstwa Prawdy i Miłości? Na pewno nie. To może wyrażam tylko bezsilność w obliczu kół mielących historię - jak można wszak walczyć z Zeitgeistem - wspinając się na barykady? Beznadziejny byłby ze mnie rewolucjonista, ale nie po drodze mi z Kubusiem Fatalistą. Faktem jest, że nie wiadomo do kogo mieć dzisiaj pretensje za zło tego świata, ale prawdą jest również, że nie musimy zgadzać się na wszystkie, wciskane nam na siłę szczepionki. I chociaż próbuję jakoś zrozumieć orwellowskie zapędy rządzących, którzy robią co mogą, by ich głowy nie turlały się po ulicach w razie powtórki z WTC, to wierzę jednocześnie w spryt i odwagę ludzi takich jak Snowden, że nie okażą się obojętni na wygodne pomysły polityków. Nawet jeśli rząd musi podejmować trudne decyzje, my nie musimy udawać, że nie mamy nic przeciwko (inspirational music). To tylko banalna zachęta do osobistej prewencji przeciwko prewencyjnej instytucjonalnej opresji. A tego, póki co, nie mogą nam jeszcze zabronić.
     

wtorek, 11 czerwca 2013

A na filozofii to uczą myśleć i w ogóle

Raz na jakiś czas z woli własnej lub zupełnym przypadkiem kilku filozofów zbiera się w jednym miejscu by zagrać stary, sadomasochistyczny kawałek, który leci mniej więcej tak – czemu nikt nas nie chce słuchać? Czy nikt nas nie słucha, ponieważ nikogo nie obchodzi, co mamy do powiedzenia, czy też z powodu naszego wyrafinowanego języka? A może dlatego, że oprócz nas nikogo tutaj nie ma? I jak by nie było, nie dziwi zdumienie filozofów, że szkoła myślenia nie cieszy się popularnością na jaką powinno zasługiwać miejsce o tak dostojnych ambicjach – bycie szkołą myślenia. I słowo daję nawet jako absolwent tak elitarnej instytucji nie jestem pewien czy filozofia tego myślenia rzeczywiście uczy – czasem wydaje mi się, że myślę lepiej niż inni, czasem że jest zupełnie odwrotnie – ale jednego można być pewnym – cudzych myśli tam nie brakuje. No i ktoś mógłby słusznie powiedzieć, że dostęp do cudzych myśli myślenie nasze przynajmniej trenuje, i obcowanie z nimi w dobrym myśleniu może tylko pomóc. Że nawet jak człowiek do samodzielnych myśli nie dojdzie, to będzie miał już garść myśli wypróbowanych, którymi warto sobie głowę wypełnić – tymczasowo, a może i na stałe. I będzie to racja, z tym zastrzeżeniem, czy nie można tego robić w innym miejscu i z podobnym skutkiem?

Dobre myślenie, jak dobra robota, jest czymś pożądanym zawsze i wszędzie, to po prostu cnoty o zasięgu uniwersalnym. Nie dziwi wiec, że na pytanie o to kto potrzebuje filozofii, filozof z uzasadnioną przesadą odpowie, że każdy. A nawet jeśli filozofia nie jest dla wszystkich, to wydaje się, że w ten lub inny sposób filozofia jest światu po prostu potrzebna. Jakoś. Lecz chociaż różni ludzie rozmaitym hołdują mniemaniom, to wśród szerokich kół zajęcie to, uprawianie filozofii czyli, ma opinię aktywności nie tylko niezwykle zagmatwanej ale i niezbyt użytecznej. Do większości wszak rzeczy filozofii żadnej nie potrzeba. To ustrojstwo czy tamten wihajster robi się/działa zwykle tak i tak i jest to dość proste, a nie żadna tam filozofia. Jeśli w przyszłości ludzie lub komputery będą na tyle inteligentni, że wszystko wokół będzie łatwe i przyjemne, to potrzeba filozofii z pewnością zaniknie zupełnie. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że filozofią zajmują się ci, dla których codzienne sprawy to właśnie takie niemiłosiernie splątane egzystencjalne supły, i jeśli tak jest, to pierwszymi pacjentami klinik zajmujących się filozoficznym doradztwem, a raczej od-radztwem, będą pewnie sami filozofowie.

Powstaje naturalne pytanie – po co w takim razie wybierać tak dziwny kierunek? – co prowadzi do naturalnej odpowiedzi – to nie jest dobry czas na studia z filozofii. Ale nie czarujmy się – to nie jest dobry czas, żeby studia jakiekolwiek, a zwłaszcza studia humanistyczne, podejmować w ogóle. Z filozofią jest ten problem, że otwiera ona – naprawdę w to wierzę – nieświadome umysły na świat pełen możliwości, i gdy człowiek zaczyna już niemal wierzyć, że potrafi latać wśród idei zawieszonych w pleromie, zderza się go brutalnie ze ścianą spraw praktycznych i nieprzyzwoicie codziennych. Jego rozbudzone nadzieje i marzenia gasną wtedy jak płomyk na wietrze, zwykle po cichu, w oparach depresji. Okazuje się, że nikt nie chce ludziom płacić za czytanie książek, a filozof, jak albatros, potyka się tylko o własną, wypełnioną możliwościami wielką głowę.

 Nie jestem pewien czy powinno się do filozofii ludzi zachęcać, czy może wręcz przeciwnie – to zniechęcenie byłoby bardziej właściwe. Czasem wydaje mi się, że nikt tak do filozofii nie potrafi ludzi uprzedzić jak sami filozofowie. Kilka lat temu jedna z moich nauczycielek próbowała zapoznać klasę z arystotelesowską koncepcją możności i aktu – w swoim naiwnym przekonaniu, że wielkie idee należy przekazywać w sposób nieskomplikowany, jęła przewracać butelkę z wodą mineralną – butelka jest w możności, by lec na tej ławce – mówiła z nabożną czcią wobec niezmierzonych głębi starożytnych mądrości – a teraz, bach, butelka leży, leży w swym osiągniętym, zaktualizowanym akcie. Podnosiła wtedy oczy znad swego biurka, gdzie przed chwilą dokonało się aktualizacyjno-potencjalne misterium, by ujrzeć w naszych leniwie rozchylonych ustach i niewinnie rozbieganych oczach niespodziewane, ale jakże okrutne zdziwienie – to wszystko? – Pytały promienne twarze, a gdzieś z boku pękał balon z gumy do żucia – Arystoteles odkrył przewracające się butelki? Kiedyś to naprawdę łatwo było zostać uczonym!

Nie ulega wątpliwości, że studiowanie filozofii jest szkodliwe ze względów materialnych. Studiowanie filozofii jest idealne jeśli oprócz tego potrafisz robić coś jeszcze, np. programować lub grać na banjo, ale sama filozofia jest dobra tylko dla ludzi, którym obca jest koncepcja posiadania „fachu w rękach” i którzy marzą po prostu o pracy na uczelni – a że uczelnie częściej dzisiaj zwalniają pracowników, niż zatrudniają nowych... No właśnie. Nie mówię, że filozofia nie jest fajna. Jest fajna. Rozwija. Uczy. Bawi. Człowiek po filozofii wie albo przynajmniej wydaje mu się że wie, co i jak. Na filozofii miło się spędza czas czytając fajne książki i dyskutując z ciekawymi ludźmi, podobnie jak miło się spędza czas grając w Star Crafta – i w jednym i drugim przypadku robimy to jednak tylko dla siebie. Można się spierać, co przynosi więcej pożytku, lektura Nietzschego czy zabicie zerga, ale to przecież kwestia umowna, co nie?

Mimo to filozofię warto studiować z wielu powodów, ale na pewno nie z tych, którymi reklamują się zwykle sami filozofowie. Najgorszy sposób promowania filozofii to wskazywanie na znanych i lubianych, którzy w którymś momencie życia liznęli byli trochę „umiłowania mądrości”. Jednym tchem wymienia się takie tuzy intelektu jak Richard Gere, Witali Kliczko lub nasz rodzimy Palikot, zupełnie jakby bycie aktorem, bokserem czy Palikotem zależało od lektury Sartre’a, Husserla lub Heideggera. Innym razem oblepia się strony pro-filozoficzne skeczami Monty Pythona – pamiętasz ten skecz o filozofach, jak oni, no, grali w piłkę? Zabawne! I nie wiem, czy to znaczy, że filozofowie są fajni, bo to zgraja niezłych dziwaków, czy jesteśmy cool, ponieważ śmieje się z nas kultowy kabaret. Jak ktoś chce mnie przekonać, że potrafi myśleć, no to niech po prostu powie coś ciekawego.

 Humaniści drżą ze strachu przed demokratyzacją ich dziedziny, a jeśli prawdą jest, że filozofia (obok matematyki) to królowa nauk, to nie dziwmy się, że wymaga się od niej tego samego, co od innych, współczesnych europejskich monarchiń – że w zamian za państwowe dotacje obiecają dostojnie snuć się po swoim muzealnym zamku, i że nie będą zbyt często niepokoić poddanych przemyśleniami na temat tego, jak powinni żyć. Programowa niechęć niektórych filozofów do spraw pragmatycznych sprowadza się czasem do przekonania, że teoria z definicji jest nie do pogodzenia z praktycznym zastosowaniem, a przecież to nieprawda. Zamiast mydlić ludziom oczy o nauce myślenia i ośmieszać publicznym sporem o przedmiot filozofii, należy przedstawić konkretne problemy jakie rozważa się pod etykietką filozoficzności. Jeśli filozofia służy tylko filozofom, równie dobrze można ją uprawiać w wolnym czasie – jako po prostu ciekawe zajęcie – jeśli jednak jest to nauka, która mówi nam coś nowego o świecie, to i jej miejsce, podobnie jak miejsce innych nauk, jest na uniwersytecie.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jakie to do pomyślenia


Czasem spotykam kogoś, kto mówi mi, że on to właściwie nie wie o co chodzi, ani tu, w tym zadaniu z matematyki dyskretnej (wszak to tajemnica powinna być), ani tam, w polityce, w Korei Północnej na przykład. Kiwam wtedy głową, nie żebym miał coś do powiedzenia na te tematy, a nawet jeśli, to z doświadczenia wiem, że i tak nie powinienem się odzywać (czemu? No po prostu lepiej nie. Lepiej nie) - kiwanie głową to jeden z tych niemych i łatwych komplementów, na które zawsze łasi są ci wszyscy naciągacze niezasłużonej sympatii i zrozumienia - kumam, kumam. I - ja też, ja też. I wiem, wiem - jestem okropny. A przecież wcale tak nie myślę. No bo przecież gdybym tak myślał, to bym się tym nie chwalił - nigdy nie mów co myślisz przy obcych - to taka praktyczna zasada. Don Corleone approved. Okropne?

 Myślenie. Jaki to niewdzięczny temat. Biorąc się za takie filozoficzne starocie, człowiek któremu miłość do filmów mafijnych nie pozwala mówić o sobie, musi zacząć od kosmitów, a skończyć gdzieś na Bogu. No po prostu musi. A skoro i przy obcych lepiej unikać prywatnych wynurzeń (co bywa i tak bezcelowe przy ich telepatycznych odmianach), a osobowe transcendencje z rzadka dają się zaskoczyć - w końcu większość czasu spędzają na umysłowym szpiegostwie - to może lepiej pójść w zupełnie inną stronę. W jakimś dziewiczym kierunku, myśleniem do tej pory nie skażonym. Na przykład w kierunku bezmyślnym.

 Nie-myślenie. Niemyślenie, podobnie zresztą jak nie-czytanie, ma wśród osób myślących i oczytanych jak najgorszą z możliwych opinii. Jeśli na co dzień czujesz się radosnym bezmózgim zombie, któremu obce są egzystencjalne zmartwienia, a los, przez konieczność lub przypadek, rzuci cię w tłum ludzi znających takie słowa jak, nie wiem, różne mądre słowa, i czytających takich autorów jak, no, różnych z Ameryki Łacińskiej najczęściej, albo z Afryki, to możesz być pewien, że bardzo szybko dadzą ci odczuć kim jesteś i gdzie jest twoje miejsce - że jesteś zombie, a twoje miejsce jest na wydziale prawa. Lub na marketingu i zarządzaniu. Dranie.

Zauważyłem, i ktoś powinien wreszcie docenić moją spostrzegawczość, że ludzie (ludzie!) chętnie zrzucą z siebie zbędną myśl lub dwie, za prosty plan działania - zaplątani w nieprzejrzystych relacjach i dyskretnych konwencjach odbijają się od swoich pomysłów na przełamanie krępującej ciszy. A potem płacz i zgrzytanie zębami, i rozpaczliwe myśli o braku matematyki w komunikacji międzyludzkiej, i tylko drgawki na bezsennym łóżku i rozkopana kołdra. A niemyślenie, ta gimnastyka, ten postapokaliptyczny aerobik, wytęża wszystkie mięśnie na głowie, żeby spowolnić działanie mózgu. A powolny mózg siłą rzeczy rozciąga usta w szczerym uśmiechu. No i rozwija mięśnie. Przynajmniej na głowie. 

No i znając życie ktoś powie teraz, że o czym ja w ogóle, i że nawet jeśli próbuję coś twierdzić, to przecież tylko sam sobie zaprzeczam. A ja pamiętam, zupełnie jakby to było dzisiaj albo wczoraj, albo kiedy indziej, spotkanie grupy wsparcia dla osób z odsłoniętym nerwem towarzyskim - zmaltretowani i zastraszeni oglądali wspólnie filmy o żywych trupach, szukając w nich krwawego pocieszenia. I wierzcie lub nie, ale dostawali je, pocieszenie ukryte w śliskich wnętrznościach rozrzuconych po opustoszałych ulicach i niewidzącym spojrzeniu martwych szwędaczy. A to był zwykły dzień, z rodzaju tych szarych i lepkich, kiedy budzisz się w obcym domu jako ktoś zupełnie inny i zgodnie z wyznaczonym ci na taką okazję protokołem, żyjesz przez kilka godzin cudzym życiem, by wieczorem wrócić znów do siebie, nie mając pojęcia co się dziś właściwie działo. Ale czujesz się szczęśliwy. Też tak macie? Wątpię. 

wtorek, 24 lipca 2012

Ale to, to był film

Strach chodzić do kina. Ba, strach w ogóle wychodzić z domu, no ale to swoją drogą. Czasem zastanawiam się jak to jest zatracić różnicę między fikcją a rzeczywistością (tak sobie wmawiam, że nie mam z tym problemu, chociaż ta familiarność z The Cable guy...), albo być szaleńcem, który faszeruje ołowiem przypadkowych ludzi w sali kinowej, wyobrażając sobie przy tym, że jest jakimś komiksowym złoczyńcą, Jokerem albo nie wiem, Jerzym Urbanem. Jakie to uczucie od miesięcy planować zbrodnię i ani przez chwilę w ciągu tych kilku tygodni nie zdawać sobie sprawy z makabrycznej absurdalności całej sytuacji, z banalnej głupoty krwiożerczych zamiarów, bez tej prostej refleksji - co ja do jasnej ciasnej w ogóle wyprawiam? Podczas gdy godzinami rozmyślałem nad stosownością wprowadzenia wątków humorystycznych do pracy magisterskiej, ten jak gdyby nigdy nic zbroił się by siać strach, śmierć i zniszczenie. Czy trzeba czymś zasłużyć na zostanie takim ufarbowanym wariatem, czy jest to zaledwie przypadek, traf, ot zrządzenie losu, każdemu mogło się zdarzyć? Bo może każdy ma to w sobie, taką iskierkę szaleństwa i tylko brak odpowiedniego katalizatora sprawia, że trzymamy w ryzach te wszystkie pokłady skumulowanego w nas chaosu. Zbyt tkliwe? Byłem się przełamałem. Poszedłem do kina. Na Prometeusza. W 3D. Oklaski.

Nigdy nie byłem jakimś szczególnym fanem uniwersum Alienów. Jestem całkiem nieźle przekonany, że wiem o co chodziło w Ósmym pasażerze Nostromo, kolejne części znam nawet nieco lepiej, czytałem też jakiś komiks, grałem w jakąś grę i obejrzałem te wszystkie głupkowate hollywoodzkie starcia z predatorem. Obcy. Krwawiący kwasem obcy. No ok. Obcy to nie zombie, ale no ok. Nie dla obcych wyszedłem jednak z bezpiecznego domu, nawet nie dla Ridleya Scotta. Zrobiłem to, bo jakżeby inaczej, dla wysokobudżetowego science fiction z przesłaniem (w skrócie WSFZP). Tylko wysokobudżetowe SF (z przesłaniem) potrafi mnie powstrzymać od ściągania torrentów z sieci, a że takie SF zdarza się ostatnio niebyt często (no zabijcie mnie, Avatara też zaliczam do WSFZP) to no, arrr, do czorta. Wysokobudżetowość obiecuje imponującą specjalną efektowość, która wynagradza dźwiganie okularów 3D wciśniętych na tradycyjne ślepopatrzałki (marudzenie okularnika), a potencjalna przesłaniowość pozwala podtrzymać złudną nadzieję, że reżyser zechce nam coś powiedzieć i to nawet, być może, coś ciekawego, spektakularnie. No bo czyż SF nie powstało po to, by nam coś ciekawego spektakularnie mówić? WSFZP to idealna synteza intelektualnej treści i widowiskowej formy i to mnie właśnie zawsze ciągnęło do kina - dwie pieczenie na jednym ogniu - miód na mroczne serce skąpego pragmatyka.

 Podczas pełnego napięcia zabijania czasu przed seansem Prometeusza w 3D, wygrzebałem Dicka (Philipa K. Dicka, luuudzie!), zanurzyłem się oczekująco w Trzech stygmatach Palmera Eldritcha i próbowałem wprowadzić się w ten tajemniczy nastrój, który pozwala z większym entuzjazmem wkraczać w świat fantastycznej przyszłości. Nie doczytałem jeszcze historii do końca, ale dzięki książce przypomniałem sobie co mnie wkurza w SF. Wkurzają mnie więc wszelkiego rodzaju zbędne udziwnienia i brak wyczucia dla konsekwencji własnych pomysłów autora. Gdy dickowski bohater w pewnym momencie poprosił robokelnera, żeby podał mu wideotelefon ponieważ musi do kogoś zadzwonić, to zacisnąłem tylko zęby w niesprawiedliwej i nieżyczliwej złości. Nie dość, że Dick nie wpadł na pomysł, że ludzie przyszłości mogliby nosić telefony normalnie przy sobie (co z tego, że pisał to w latach 60-tych,  niektórzy nawet już wtedy o tym myśleli!) to wprowadza termin "wideotelefon" dla narzędzia do komunikacji - uwaga - audio-wizualanej. Wydaje się oczywiste, że gdy raz ktoś wypuści na rynek telefon z kamerką i ekranikiem, to modele bez tych bajerów wylądują na złomie, po co więc to rozbudowane przedrostkowanie? Zachodzę w głowę, co przyniósłby mu robokelner (kolejne udziwnienie - robokelnerze, co dzisiaj poleca roboszef kuchni?), gdyby bohater zamiast "przynieś wideotelefon" powiedział "kopsnij (po prostu) telefon"? Dostałby wtedy jogurt? Wiem, wiem, czepiam się. W innym fragmencie facet otrzymuje ofertę od przedstawiciela firmy, o której wcześniej nie słyszał. Pyta żony, czy może ona słyszała, ale też nie. No i zagadka, nie wiadomo o co chodzi. Dzisiaj by to pewnie od razu wygooglował... Ech, dickowska przyszłość bez internetu. Męczę biednego Dicka (mhm), ale tylko jako rozgrzewkę przed miażdżącą krytyką Prometeusza (albo z rozpędu jeszcze szpilka w Lema. Lem to pisze o przyszłości i wszystkie jego statki kosmiczne i roboty to jakieś siermiężne kable i koła zębate i mam wrażenie, że ten irytujący steampunk technologiczny to zabieg totalnie niezamierzony. Ale mu teraz dosrałem).

 Prometeusz. Od razu ostrzegam, że będę spojlerował, ale jeśli spojlerem ma być info, że film niczym nie zaskakuje (ha, może tylko mnie nie zaskakuje, mnie! bo mnie to już przecież nic nie zaskoczy), to no, chyba mi to duchy kinematografii wybaczą. Gdybym miał go streścić nieżyczliwie, powiedziałbym, że to historia grupki wyspecjalizowanych kosmonautów (plus robot), przemierzających kosmos w efektownym statku kosmicznym, zadając między sobą wielkie pytania o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, jeżdżących po burzliwej powierzchni jakiegoś obcego księżyca, zadając pytania o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, błąkających się po starożytnej konstrukcji kosmitów, zadając pytania, no, już wiecie o co mi chodzi. Nie liczcie jednak na odpowiedzi. Jak powiem, że przy Prometeuszu maczali palce twórcy Lostów to już z grubsza wiadomo co dostaniemy - intrygujący początek i rozczarowującą puentę. No trochę przesadzam z tym brakiem odpowiedzi. Okazuje się, że ludzie to wynalazek humanoidalnych kosmitów (Erich von Däniken ftw!), którzy w pewnym momencie uznali, że jednak eksperyment się nie powiódł i postanowili nas, nie wiedzieć czemu, zniszczyć (nasi genialni konstruktorzy chcieli zbombardować Ziemię alienopodobnymi zarodnikami), ale ich własna broń obróciła się nagle przeciwko nim (co za zaskoczenie!) i tak właśnie powstali Obcy. Jednego żywego kosmitę udało się nawet ziemskiej załodze odnaleźć, ale gdy zaczęli go pytać, no zgadnijcie o co, no o to skąd są i dokąd zmierzają, to ten stracił cierpliwość i zaczął im ni z gruchy ni z pietruchy spuszczać straszliwy łomot. Po czym zginął, a z jego brzucha w ostatniej scenie filmu wyskoczył alien. W odwecie za te ludobójcze zamiary ostatnia żywa kosmonautka wysłała składowisko alienów na planetę naszych doszłych twórców i zarazem niedoszłych oprawców, niech mają za swoje, kosmiczne gnojki - może efekty tej mitycznej zemsty dzieci na swych rodzicach zobaczymy w sequelu. No i to wszystko, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść.

No tak, przesłanie. Chcąc nie chcąc pytanie o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy zawisło nad salą kinową i na pewno nie jedna osoba wychodząc z Cinema City, ściskając w dłoniach iphona zachodziła w głowę, jaki to też może być ten słynny sens naszego życia. Sens życia. No nie mogę. Gdybym miał jakiś wpływ na fabułę filmu, kazałbym przerośniętemu kosmicie powiedzieć, na chwilę przed spuszczeniem łomotu tym dociekliwym kosmonautom, że sensem życia jest hodowla rzodkiewek. Niech teraz kombinują. Albo żeby mieli jeszcze większą zagwozdkę - sensem życia jest gra na banjo. Albo - stworzyliśmy was po to, żebyście produkowali plastik, bo plastik nie wyrośnie sam na drzewie, idźcie więc i wypełniajcie nim kosmos. To też by im dało do myślenia. Sens życia. Wkurza mnie to w SF. Wkurza mnie, że próbuje dawać tak banalne odpowiedzi na tak wielkie pytania, wkurza mnie, że w ogóle sugeruje możliwość udzielenia na nie odpowiedzi, a już najbardziej to mnie wkurza, że dałem sobie wmówić, że pytanie o to skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy jest w ogóle wielkie i ważne. Zupełnie jakby nie było większych i ważniejszych (jakich? no różnych, różnych innych!). A może to tylko ja jestem ostatnio jakiś drażliwy? Może za mało było w Prometeuszu laserów, za mało wybuchów, za mało, no, cycków w 3D? Sam nie wiem.