środa, 5 maja 2010

Tragedia, żałoba, elita, racjonalizm i jaja

W filmie Michaela Moora, Zabawy z bronią, pokazany jest reporter przygotowujący się aby przekazać wstrząsającą wiadomość o zastrzelonych w szkole w Columbine uczniach i nauczycielach. W jednej chwili beztrosko żartuje sobie z operatorem, w następnej, gdy dostaje informację o wejściu na wizję, błyskawicznie zmienia wyraz twarzy i ton głosu - widz dostrzega grymas udręczonego smutkiem dziennikarza, mówiącego głosem pełnym współczucia dla ofiar i ich rodzin. Później cięcie, kamera stop i znów żarty, zbieramy się w następne miejsce itd... W podobnych okolicznościach przyłapano kiedyś prezydenta Clintona, gdy wracał z pogrzebu jakiegoś urzędnika - szedł roześmiany dopóki nie spostrzegł filmującej go kamery. Podobnie jak tamten reporter z Columbine, Clinton momentalnie posmutniał, zakrył twarz dłonią i nawet wyciągnął z kieszeni chusteczkę, aby otrzeć "załzawione" oczy. Takie przykłady na pewno można mnożyć, jednak stwierdzić, że wynika z nich, iż politycy kłamią, to banał jakich mało. No bo czy symulowanie smutnych uczuć to domena jedynie demagogicznych populistów? Czy nie zdarzyło nam się stroić przygnębionych postaw, nie dlatego, że faktycznie tak się czuliśmy, ale z powodu etykiety - po prostu wypadało tak się czuć w danych okolicznościach?

Gdy w Smoleńsku rozbił się samolot z prezydentem i niemal setką osób na pokładzie, wydarzenie to, mimo iż samo w sobie straszne, jednak ze względu na społeczne funkcje ofiar, zyskało dodatkowy wymiar - "narodowościowy". I ten dodatkowy wymiar okazał się niezwykle konfliktogenny - z jednej strony, część osób doświadczyła szczerych wzruszeń i smutku, z drugiej, niektórzy odczuli rozdrażnienie wywołane reakcjami tych pierwszych. Jeszcze inni, nieliczni, chociaż najbardziej nagłaśniani, stroili sobie z całej sytuacji żarty, albo deklarowali, że ich to w ogóle nie obchodzi.

Z moich obserwacji kontestatorskich zachowań wynika, że ludzie (1) kręcą nosem na nazywanie tego wydarzenia "największą tragedią", bo przecież były tragedie większe, (2) kwestionują nazywanie zmarłych elitą, bo przecież co z nich była za elita? (3) krytykują szczerość powszechnej żałoby lub w ogóle jej potrzebność, bo przecież wcześniej było tyle plucia na pisowców, (4) oburzają się na brak lub niechęć do racjonalnej analizy konsekwencji oraz (5) korzystając z okazji, żartują sobie z ludzi wierzących i KK.

Nie potrzeba geniusza, żeby stwierdzić, że wszelkie licytacje o największe tragedie nie mają żadnego sensu - gdyby było inaczej, ustalono by w końcu tragedię największą z największych i resztą drobnych tragedyjek przestano by sobie zawracać głowę. Nie trzeba też mędrca, aby zauważyć, że ludzie skłonni są tytułować mianem elity tych, z którymi mają po drodze w kwestiach światopoglądowych - jak nie nasi, to nie elita. Może i trąci to śmiesznym subiektywizmem, ale tak wykształciła nas ewolucja, a genów nie przeskoczysz. Jak mawia mój dentysta - geny to potęga. Najfatalniej jednak brzmią głosy tych, którzy zarzucają smucącej się reszcie obłudę i hipokryzję, zakładając, że jak się kogoś nie lubiło za życia, to fakt śmierci przeciwnika powinien raczej cieszyć niż martwić. Zapominają oni nie tylko o tym, że różnice światopoglądowe nie koniecznie muszą iść w parze z "życzeniem śmierci", ale jak powiedział Daniel Olbrychski, wspominając Przemysława Gosiewskiego, czasami najbardziej brakuje właśnie tych, z którymi toczyliśmy najgorętsze spory.

Niektórzy celowo wbijali kij w mrowisko, w dniu katastrofy z wyższością zarzucając zapłakanym masom irracjonalne oddawanie się emocjom czy brak chłodnego spojrzenia i analizy konsekwencji, wielce dziwiąc się przy tym, że ich "racjonalizowanie" spotyka się z oburzeniem: macie alergię na rozum, czy co? - pytali tych mazgajów. Chciałoby się odpowiedzieć, że alergia na rozum, to rzecz względna.

Gdy belgijska gazeta opublikowała rysunek Orzeł wylądował, byłem przekonany, że oburzenie, które się podniosło, stanie się zachętą aby doić katastrofę do ostatnich emocjonalnych kropel, jakie zdoła z siebie wycisnąć pognębiony lud, a w konsekwencji sprowokuje jeszcze więcej powodów do świętych oburzeń. Wojewódzki z Figurskim dołożyli swoje trzy grosze, a popularność, jaką zyskała ich piosenka w internecie, stoi w ponurej opozycji do wcześniejszego lamentu. Czyżby ludzie zmęczyli się (wymuszoną?) żałobą i nadszedł wreszcie czas na śmiech? Jakby nie było, przyzwoitość okraszona nutką spontanicznej empatii nie powinna być skutkiem szantażu ewentualnych konsekwencji prawnych urażonych uczuć. Czasem się zastanawiam, czy to całe wydarzenie daje do myślenia, czy daje? Mam nadzieję, że gdzieś między śmiechem, kampanią wyborczą i teoriami spiskowymi być może tli się jeszcze iskierka zadumy - samotnej i cichej - nad tajemnicą cierpienia, którą trzeba zaakceptować mimo braku zrozumienia. Tymczasem u wybrzeży USA plama ropy grozi największą katastrofą ekologiczną, ever. Jak powiedziałby Barack Obama w przerwie od gry w golfa: w takich chwilach, wszyscy jesteśmy tuńczykami.



sobota, 24 kwietnia 2010

Ślinienie się na dźwięk dzwonka

Tak na prawdę nigdy nie nienawidziłem jedynego i prawdziwego Boga - śpiewał Marilyn Manson - Nienawidzę Boga ludzi, których nienawidzę. W innym miejscu deklaruje - nie jestem niewolnikiem Boga, który nie istnieje. Chrześcijanin tańczy, tańczy, tańczy, tańczy... Na zajęciach z religii katecheci pytają dzieci, dlaczego kochają Jezusa. To, czy pałają w ogóle taką miłością nie budzi u nich wątpliwości - wszak jeśli tak nie jest, to otwierają się otchłanie piekła. Andrzej Szostek na kartach Pogadanek z etyki stwierdził, że jedną z najważniejszych decyzji podejmowanych w życiu, jest wybór religii. Mam nieodparte wrażenie, że to naiwna inwersja. W rzeczywistości bowiem, zanim przyjdzie nam objąć świadomą refleksją jakąkolwiek transcendencję, mamy już za sobą chrzest, pierwszą komunię i bierzmowanie. W takiej sytuacji jedyny wybór jaki możemy przypieczętować aktem woli to bezczynne trwanie w zastanej wierze albo odrzucenie jej ku zgrozie babć i ciotek - już Nietzsche pisał, że nie jest łatwo być ateistą.

Na kulowsko-rydzykowym sympozjum pod tytułem Totalitaryzm - jawny czy ukryty, na które wybrałem się w ostatnią sobotę, dowiedziałem się między innymi tego, że po pierwsze, wszystkie media oprócz Radia Maryja i telewizji Trwam służą Nowej Lewicy, której celem jest zniszczenie ludzkości (jeden z księży zasugerował nawet, że ideologia Nowej Lewicy odpowiada za katastrofę prezydenckiego samolotu w Smoleńsku[sic!]) oraz po drugie, że skutkiem odrzucenia Boga - obiektywnej prawdy i źródła wszelkich wartości - jest z konieczności degeneracja i degrengolada moralna. Na moje pytanie, że przecież wiara w Boga nierzadko była inspiracją do największych zbrodni, dowiedziałem się, żeby lepiej takich pytań nie zadawać - gdy wyszedłem z auli dopadł mnie jakiś młody ksiądz. Zasypał mnie pytaniami o życie moje i mojej rodziny, zupełnie jakby szukał moralnych dziur, które wyjaśniłby pochodzenie moich wątpliwości.

Odruchy warunkowe definiuje się jako nabyte reakcje organizmu na określone bodźce. Psy Pawłowa, śliniące się na dźwięk dzwonka sygnalizującego zbliżającą się wyżerkę, co prawda stoją dziś wypchane w muzeum, jednak koncepcja, zgodnie z którą ludzie to bezwolne automaty kontrolowane przez popędy i wpływy środowiska, wydaje się znajdować potwierdzenie w osiągnięciach współczesnej nauki. Czy koniec końców może się nie okazać, że wolna wola czy świadomość to tylko złudzenia, iluzje, które być może warto podtrzymywać, ale jedynie po to, aby zachować dobre samopoczucie?

Henri Bergson, francuski filozof, zaproponował by spojrzeć na świat przez okular intuicji zamiast mikroskopu. Jego zdaniem nauka, ograniczona sztywną empiryczną i matematyczną metodologią, nie ujmuje świata w całej jego dynamice, lecz zatrzymuje go w statycznych chwilach, jak klatki na celuloidowej taśmie filmowej. Jedynie metafizyczna refleksja, wsparta na intuicji (czymkolwiek by ona była), pozwala na całościowy ogląd rzeczywistości. Z tej perspektywy zanegowanie niewidzialnego świata metafizyki skutkowałoby negacją prawdy o bycie widzialnym i zarazem otworzeniem furtki relatywizującego wszystko nihilizmu.

Fiodor Dostojewski w Braciach Karamazow pytał, czy jeśli Boga nie ma, wszystko wolno? Zdaniem profesorów z sobotniego sympozjum odpowiedź na to pytanie jest twierdząca, co miałaby potwierdzać historia zbrodniczych systemów totalitarnych - komunizmu i nazizmu. Z drugiej strony, jak to świadczy o człowieku, który mówi, że gdyby nie było Boga, można by było ludzi grabić, gwałcić i mordować?

Mieczysław Albert Krąpiec mawiał: Bóg albo absurd. Coraz częściej mam wrażenie, że podstawowym kryterium tego dylematu jest osobista wygoda - co by było fajniejsze? W kasynie Pascala echo wciąż powtarza odwieczne westchnienie: za dużo postawiłem na tego konia, żeby miał nie istnieć! O błogosławiona ślino, która na język przynosisz... No właśnie, co?


sobota, 20 marca 2010

Noir

Świt zastał mnie w biurze i niczym namolny pielęgniarz z garścią kolorowych pigułek wyrwał z błogiego snu o lepszym życiu. Z niechęcią i trudem rozerwałem posklejane powieki jak kawałki zestarzałego pergaminu - zupełnie jakby zrosły się przez noc, pragnąc uchronić mnie przed widokiem zepsutego świata. To przypomniało mi moją starą matkę. Tak często krzywdzimy tych, których najbardziej kochamy.

Uniosłem głowę mimo protestów zdrętwiałych mięśni karku. Opuściłem nogi na ziemię i podniosłem się z kanapy, czując w krzyżu ciężar tych wszystkich zmarnowanych lat, miażdżący jak worek kamieni na plecach skazańca. Zgarbiony minąłem zaśmiecone biurko i podszedłem do szerokiego okna. Rozsunąłem pożółkłe żaluzje jak aktor uchylający kotarę by ocenić publiczność przed spektaklem. Cofnąłem się gwałtownie, gdy w oczy zakłuły mnie ostre promienie słońca. Usiadłem na krześle i ukryłem twarz w dłoniach, nasłuchując stłumionych dźwięków ulicy niczym groźnego pomruku nadciągającej burzy.
Pomyślałem, że powinienem się ogolić.
Po omacku sięgnąłem po metalowy kubek z wczorajszą herbatą. Upiłem dwa łyki gdy gorzki smak tytoniu w ustach przypomniał mi, że zgasiłem w niej ostatniego papierosa.
- Sukinsyn.
Mój głos brzmiał jak śmierć. Zachrypnięty starzec, który chwieje się nad grobem, oto czym się stałem. Nie, to tylko kac, usprawiedliwiał mnie inny głos, ten sam, który jeszcze wczoraj kazał mi odłożyć rewolwer do szuflady. Nie wiem, czy zrobił to wtedy z miłości czy po prostu z nudów.

Słuchawka telefonu leżała na boku jak głowa martwego węża. Odłożyłem ją na widełki aparatu. Nie sądzę, abym przegapił jakiś ważny telefon tego wieczoru. Jedynymi ludźmi, którzy chcieli ze mną rozmawiać, byli ci, którym wisiałem jakieś pieniądze.
W kieszonce na piersiach odnalazłem wymiętą paczkę pall-mali. Wyszperałem ją, by przekonać się, że zostały mi tylko trzy fajki, w tym jedna pęknięta. Wcisnąłem uszkodzonego papierosa w kącik spierzchniętych ust i rozejrzałem się za zapałkami, czując w lędźwiach rodzącą się desperację. Czas zabrać się do pracy. W tych czasach ciężko było o uczciwą robotę, a ja wiedziałem, że nie mam już nic do stracenia. Byłem jak rozbitek na bezludnej wyspie, który z ostatniej kokosowej palmy robi sobie tratwę. Pielęgnowałem w sobie toksyczny owoc nadziei, łudząc się, że nadejdzie kiedyś zmiana na lepsze. I właśnie wtedy wydarzył się cud.
I właśnie wtedy pojawiła się ona.

Bez pukania otworzyła drzwi w momencie, gdy pod stertą bezwartościowych papierzysk odnalazłem starą, benzynową zapalniczkę. Była sucha jak niebo portowych dziwek.
- Na drzwiach jest napisane, że jest pan prywatnym detektywem.
Uniosłem wzrok w kierunku źródła tego smutnego głosu. Młoda kobieta w podkreślającej jej smukłą figurę białej sukience uśmiechała się, ale jej oczy pozostały bez wyrazu. Gdy podeszła do mojego biurka powietrze wypełnił zapach jej słodkich perfum.
- Tak mówią. – Wycedziłem przez zaciśnięte usta.
- Kto?
- Drzwi.
Dziewczyna zamilkła, a ja straciłem ochotę na papierosa. Wyjąłem z ust zgniecioną fajkę i wrzuciłem ją do kubka z herbatą. Przeczesałem ręką tłuste włosy i rozsiadłem się wygodnie na krześle.
- W czym mogę pani pomóc? - Zapytałem, na powrót chowając paczkę pall-mali do kieszonki na piersiach.
- Nazywam się Amanda Banks. – Powiedziała i otworzyła torebkę, którą teraz trzymała na kolanach. Jej płynne, zdecydowane ruchy dawały świadectwo kobiety pewnej siebie i gotowej na wszystko. Polubiłem ją od razu.
Z torebki wyciągnęła mały, złocisty przedmiot i położyła go na zakurzonym blacie biurka. W pierwszym momencie nie wiedziałem na co patrzę, jednak po chwili, poprzez jaskrawe ogniki krzesane przez promienie słońca na tajemniczym przedmiocie, dotarła do mnie świadomość prośby, z którą przyszła do mnie Amanda Banks.
- Już się tym nie zajmuję. – W moim głosie na nowo zabrzmiały fałszywe nuty kaca i desperacji. Gwałtownie wstałem z krzesła. Kobieta drgnęła, przestraszona. – Proszę poszukać kogoś innego.
- Nie ma nikogo innego. – Powiedziała cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Kto panią przysłał?
- Tylko pan mi może pomóc.
- Proszę poszukać kogoś innego. – Powtórzyłem, czując wzbierający falą koszmarny ból głowy. – Są inni. - Dodałem i podszedłem do okna.
- Innych już nie ma.
- Nie ma? – Mruknąłem, wpatrując się w ulicę na zewnątrz. W tych czasach Nowy Jork wygląda tak samo o każdej porze roku. Tylko temperatura się zmienia.
- Innych nie ma? – Powtórzyłem pytanie odwracając się w kierunku kobiety. Wyraz jej wielkich, brązowych oczu patrzących z taką determinacją, oraz zacięte, pełne usta nadawały jej uroku potępionego anioła. Zstąpiła z nieba by poprosić mnie o pomoc, pomyślałem. Ale nie ma pojęcia, że potrafię wpędzić ją tyko w jeszcze większe kłopoty.
- Dlaczego właśnie ja? – Zapytałem.
- Wszyscy inni nie żyją, Frank
Wyminąłem biurko i podszedłem do Amandy Banks. Przemogłem pragnienie by położyć dłoń na jej ramieniu. Boże, walczyłem, żeby się na nią nie rzucić jak zaszczute zwierzę. Wiedziałem, że cuchnę jak gorzelnia, ale kobieta nie ruszyła się z miejsca. Wyraz jej twarzy pozostał nieruchomy jak śmiertelna maska, i zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest jeszcze bardziej szalona niż ja. Ponownie spojrzałem na złocisty przedmiot błyskający z blatu biurka. Wiedziałem, że to dopiero pierwsza, nieśmiała kreska na pustym płótnie stukniętego artysty. Ta kreska to horyzont. Horyzont, przez który wylewała się ciemność.

niedziela, 14 marca 2010

Antykwariat - prokwariat

Ot, przygoda. Wracałem z uczelni, a śnieg zalegał i piętrzył się gdy brnąłem, przedzierałem się usiłując się przemieścić. Byle przed siebie, myślałem. Byle do przodu. Z nieba sypało jak z dziurawej klepsydry. Mróz. Zimno. Luty. Wiedziałem, że nie muszę się spieszyć, a jednak gnałem w pośpiechu gubiąc parę z ust. Był wieczór, piątek, nie byłem umówiony - słowem - relaks. A jednak nie, czas był moim wrogiem, który zatacza koło, kręcąc i knując z przestrzenią przeciwko mnie. Wtem impuls, przeczucie, patrzę w lewo - boczna uliczka zasypana śniegiem nietkniętym prowadzi w ciemność nieznaną. Skręciłem.

Przede mną plac zamknięty ramą starych kamienic zaginał czasoprzestrzeń ściągając mnie jak zagubioną kometę. Na środku wiatr zdmuchnął śnieg odsłaniając zamarzniętą kałużę - ślizgawka lśniła odbitym światłem z niedalekiej Stokrotki. Po prawej na parterze przycupnął zamknięty zakład krawiecki. Obok zegarmistrz. Po lewej wznosiła się bryła bezkształtna - skutek zatartych wspomnień. Na wprost stara sterta gruzu zasypana śniegiem maskowała schody prowadzące w dół, do piwnic. Schody zdradzało światło. Poszedłem tam. Po chwili byłem w antykwariacie.

Za ladą siedział mężczyzna. Garbaty krótkowidz, na oko pięćdziesięcioletni. Przez moje nagłe najście spróbował się wyprostować, ale przeszkodził mu garb, więc zlustrował mnie tylko spojrzeniem przymrużonych oczu. Powiedziałem dzień dobry. Dzień dobry, odpowiedział. Jakich szuka pan książek? - Zapytał. Nie wiedziałem. Czy mogę się rozejrzeć? Proszę bardzo.

Półki ciągnęły się w nieskończoność, uginając się od starych książek w żółtych okładkach. Rozpadające się woluminy piętrzyły się na podłodze ustawione w metrowych stosach. Chodziłem pochylony usiłując w słabym świetle przeczytać po czym stąpam - jednocześnie czułem, że od tej czynności rośnie mi garb. Powoli traciłem też wzrok. Odwróciłem się gwałtownie, przekonany o daremności moich poszukiwań - tu było wszystko, jak mógłbym więc znaleźć cokolwiek? Odwróciłem się i stanąłem oko w oko z właścicielem. W jego oczach był strach. Bał się, że coś kupię. Mężczyzna od lat nie sprzedał żadnej książki, ale kochał prowadzić swój antykwariat. Kochał być sprzedawcą, ale nienawidził sprzedawania. Rozumiałem go. Pożegnałem się szybko i wyszedłem na śnieżycę.

Jakiś czas później z ciekawości zaszedłem tam znowu. Tym razem sterta gruzu odsłoniła mi tylko łysą ścianę - ani śladu schodów ani antykwariatu. Ktoś nabazgrał sprayem napis "JP na 100%". Ktoś inny umieścił nalepkę solidaryzującą się z kibicami Motoru z zakazem stadionowym. Przeszło mi przez myśl, że być może tracę rozum, a to wszystko było tylko snem, jednak następnego dnia dziwnym zrządzeniem losu spotkałem garbatego sprzedawcę w Leclercu. W Kulturomaniaku starczał przed półką z Harrym Potterem przecierając wciąż chusteczką spocone czoło. Gdy mnie dostrzegł chwycił Więźnia Azkabanu i puścił się biegiem w kierunku pralni chemicznej i optyka. Zdążył zrobić czterdzieści dwa kroki zanim dopadli go ochroniarze i dyskretną przemocą zdołali zaciągnąć na zaplecze. Słyszałem, że się rzucał zadając wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę, więc musieli go uspokoić. Podobno do tej pory od czasu do czasu sika krwią. W wiadomościach powiedzieli, że wreszcie zaczynają się roztopy.

widziano go co potwierdza podpis na liście obecności
ktoś napomknął o innym charakterze pisma ale zamilkł zgromiony
mówiono że utknął tam gdzie można już tylko pluć pod wiatr
wiatr historii

w plecaku miał butelkę po wodzie oraz niedoczytaną książkę
powieść zaczynała się smutno i kończyła jeszcze gorzej
dziurawy but świadczył o starości a nie o przejściach
chował go w nogawce

przemieszczał się nucąc pod nosem znane piosenki
nie wiedział że nuci je dosyć głośno
wszyscy inni wiedzieli
może się zdziwicie ale on wciąż żyje

poniedziałek, 22 lutego 2010

Kwestionariusz przekonań

Victor Stenger, broniąc nauki przed zarzutem występującej w niej „wiary” napisał, że nauka nie czyni żadnych założeń o „racjonalności" rzeczywistego świata. Nauka traktuje świat jako zastany i bada go stosując racjonalne, czyli w tym wypadku - skuteczne, metody zdobywania danych i ich analizy, czyli trzyma się pewnych reguł, żeby zapewnić, iż dane są tak wolne od błędu jak to możliwe oraz sprawdza logikę modeli, żeby się upewnić, iż są wewnętrznie spójne. Jedyną alternatywą, zdaniem Stengera, jest irracjonalność (nieskuteczność) - pełne błędów dane oraz wewnętrznie sprzeczne modele.

Z takiego rozumowania można wysnuć filozoficzną tezę, że to, iż nauka jest skuteczna, nie implikuje wcale wniosku, że jej wyniki są prawdziwe. Stenger to zaznaczył: naukowiec nie pyta o racjonalność świata, po prostu go bada i stosując indukcję, tworzy ogólne teorie. Ale za każdym razem, gdy przychodzi nam rozstrzygnąć, czy nauka mówi prawdę, nie możemy tego osiągnąć na gruncie nauki, ponieważ, jak sam przyznał to Stanger, nauka nie wartościuje. A więc zawsze, gdy porównujmy prawdę nauki czy religii, musimy wyjść poza naukę, w rejony "mityczne", w rejony w których, jak pisał Kołakowski w Obecności mitu, wierzymy w "Rozum". I to jest ta subtelna wiara, która nie obchodzi nikogo, oprócz samych filozofów.

Wiarą naukową, w wydaniu mniej subtelnym, niemal topornym, jest moim zdaniem naturalizm metafizyczny, który ma ambicję orzekać o istnieniu/nieistnieniu w miejscach, do których nauka nie sięga narzędziami. Naturalizm metodologiczny jako paradygmat uprawiania nauki póki co się sprawdza, ale paradygmaty się zmieniają - świadczy o tym historia. Ktoś, kto wybiega deklaracjami dalej, niż pozwalają mu na to dowody, opiera się jedynie na wierze, zaufaniu do autorytetu nauki. Richard Dawkins powiedział kiedyś, że Boga nie ma na 99%. Jak on to wyliczył? Krótki wywiad, gdy się z tego tłumaczy, około 2:40:



Uczciwy naukowiec nie może sobie pozwalać na „pobożne życzenia”.

Podczas mozolnych dyskusji na temat "co było przed Wielkim Wybuchem" miotają mną ambiwalentne uczucia. W końcu można się przecież zgodzić, przy odrobinie wysiłku, że alternatywna wizja pochodzenia wszechświata proponowana przez kreacjonistów jest do pomyślenia, a przynajmniej możliwa do wyobrażenia. Z grubsza wyglądałoby to tak, że Bóg stworzył świat w 6 dni, podrzucił kości dinozaurów (ewentualnie dinozaury wciąż żyją np w Afryce), zesłał Potop, który uformował warstwy skalne bezczelnie sugerujące starszy wiek Ziemi itd. W sumie, nic się nie zmienia (świat wygląda tak samo, jednak jego geneza w naszej świadomości uległa radykalnej modyfikacji), ale zarazem zmienia się wiele - bezsensowne (bo zarażone iluzją starości) staje się badanie wszechświata, ale z drugiej strony ludzie zyskują więcej na czasu na oddawanie czci Stwórcy.

Odstawmy na bok dowody ewolucji oraz wieku Ziemi i na potrzeby eksperymentu uznajmy, że skoro techniki datowania mogą być zawodne, to mogą też się zupełnie mylić, a wątpliwości związane ze skamielinami mającymi stanowić słynne "stany pośrednie" wykluczają ich znaczenie. Proszę o akt sceptycyzmu!

Czy w tym kontekście, wybór takiej a nie innej genezy wszechświata może być skutkiem nie tyle wiedzy/braku wiedzy ale raczej charakteru albo emocji? Czemu życie w świecie ze świadomością, że został on w pełni stworzony w 6 dni mogłoby być psychicznie niekomfortowe z jednej strony, albo oczekiwane z drugiej? Czy motywów działania zwolenników ewolucji/kreacji można by było poszukiwać w psychologii raczej, skoro zarówno jedni jak i drudzy opierają swoje stanowisko na "wynikach i interpretacjach badań", do których najczęściej nie mają bezpośredniego dostępu. Innymi słowy, czy bycie racjonalistą/irracjonalistą ma niewiele wspólnego z rozumem?

Współczesny filozof, Alvin Plantinga, zaatakował naukę u jej podstaw ogłaszając swój słynny "ewolucjonistyczny argument przeciwko naturalizmowi". Wychodzi on od fundamentalnej przesłanki ewolucjonizmu: mózg człowieka wykształcił się, aby zapewnić skuteczność w działaniu. W teorii ewolucji wszelkie zjawiska czy cechy organizmu interpretuje się jako wzmacniające szanse na przetrwanie. Wydaje się, że ludzki mózg również wpisuje się pod takie spojrzenie na ewolucję: jest złożony, bo taką złożoność wymogły na nim warunki, w jakich przyszło żyć praludziom. Z tego powodu Plantinga uważa, że naturalistyczne spojrzenie na naukę jest niefortunne, gdyż nic nam nie mówi o prawdziwości posiadanych przez ludzi przekonań - wszak można być skutecznym, będąc jednocześnie w błędzie. Dlatego prawdziwościowe, w metafizycznym sensie, roszczenia naturalizmu/ewolucjonizmu stoją na glinianych nogach, natomiast teiści, zakładając istnienie Boga, mają lepiej uzasadnione przekonania. Zdaniem Plantingi, Bóg, objawiając ludziom swój plan, wyposażył ich w sposób zdobywania prawdziwych przekonań o świecie (oraz o boskim planie, oczywiście). Plantinga uważa, że jeżeli przekonania chrześcijańskie są prawdziwe, wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że procesy produkujące te przekonania są wiarygodne.

Mnie osobiście to nie przekonuje. Bóg, w rozumowaniu, jakie proponuje Plantinga, pojawia się ex machina, jak królik z kapelusza. Perspektywa poznawcza naturalisty czy teisty wydaje się jednak podobna. Obie strategie zakładają optymistyczny obraz świata, w którym ludzie są ukonstytuowani tak, aby ich dążenia poznawcze prowadziły do prawdy. Być może nigdy nie dowiemy się jaka jest PRAWDA, nie zmienia to natomiast faktu, że takie rozważania pełnią istotną funkcję w procesie rozwoju człowieka. Oglądając się wstecz na historię nauki można dostrzec, jak wielki postęp dokonał się dzięki temu, że badacze zmieniali perspektywę patrzenia na niektóre zagadnienia. To właśnie istota rewolucji naukowych. Być może istnieją inne perspektywy badawcze, których sobie jeszcze nie uświadamiamy. Z tego względu nie warto do końca zdawać się na ustalone schematy tylko dlatego, że narzucane są one szantażem pozornej "racjonalności".




czwartek, 11 lutego 2010

Nieczytelnia

Profesor matematyki zapytany na wykładzie z zastosowań analizy matematycznej, czy przydaje mu się w życiu ta gałąź wiedzy, odparł, że nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek z niej skorzystał. To przypomina mi dowcip o dwóch facetach lecących balonem. Nagły podmuch wiatru porwał balon w chmury i dopiero po dłuższym czasie mężczyźni dostrzegli w dole nieznany ląd i samotnego człowieka. Krzyknęli do niego: Panie, gdzie jesteśmy? - W balonie! - Odkrzyknął tamten, po czym kolejny podmuch wiatru wyniósł ich znów na znaczną wysokość uniemożliwiając dalszą rozmowę.
- To musiał być matematyk. - Stwierdził po chwili jeden z mężczyzn.
- Czemu tak myślisz? - Zapytał drugi.
- Bo po pierwsze powiedział nam prawdę, po drugie był przy tym niezwykle zwięzły i precyzyjny, a po trzecie, to co nam powiedział, było kompletnie bezużyteczne.
(hihi)

Wbrew pozorom, wcale nie wyzłośliwiam się teraz w odwecie za zarwane noce nad rachunkiem różniczkowym i całkowym. Z perspektywy czasu dostrzegam pozytywne strony tego zajęcia, podobnie jak jeden z filozofów, który stwierdził kiedyś, że żmudna nauka łaciny i starogreckiego pomogła mu wykształcić w sobie dyscyplinę do systematycznej pracy. Ktoś mógłby pomyśleć co prawda, że dzięki nauce łaciny i starogreckiego, powinien się był ów filozof nauczyć właśnie łaciny i starogreckiego... No ale ja nie będę lepszy. Jak powiedział mój nauczyciel po dwuletnim kursie tychże języków: mam nadzieję, że po zajęciach ze mną wyniesiecie przynajmniej bardzo silne przekonanie, że istnieje taki język jak łacina. No cóż, mam nadzieję, że go nie zawiodłem, chociaż, jak to mówią: spes mater stultorum.

Rozpisałem się ostatnio, a wciąż mam wrażenie, że jeszcze się nie wygadałem. Nie łudzę się specjalnie, że spijacie słowa spod moich palców. Jak napisała pewna kobieta, recenzując książkę w internecie, powieść ta była tak dobra i wciągająca, bo nie było w niej zbyt wiele przydługich opisów, które opuściła. Z doświadczenia wiem, że tylko kobiety stać na taką szczerość, a wcale nie podpadam pod kategorię facetów z tytułu poprzedniego wpisu. Aby nieco obronić podejście tamtej kobiety do czytania, przywołam książkę Pierre Bayarda, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? Autor słusznie prawi, że nie starczy życia na przeczytanie wszystkich książek, więc siłą rzeczy czytając cokolwiek, tak na prawdę nie czytamy mnóstwa innych rzeczy, a to co przeczytaliśmy i tak wciąż zapominamy, albo pamiętamy zupełnie po swojemu. Jesteśmy skazani na surową wybiórczość. Puentą książki Bayarda było to, że ważniejsza od znajomości poszczególnych książek jest umiejętność orientowania się w całej kulturze, oraz sugestia, że jeśli ktoś chce być pisarzem, to lepiej żeby zbyt w książki nie wnikał, bo grozi mu, w skrócie, utrata własnej tożsamości. Tak więc lepiej, zdaniem autora, czytać po łebkach i tworzyć własne książki na bazie urywków z literackich dzieł. Innymi słowy ktoś, kto chce uchodzić za osobę inteligentną, powinien mieć ogląd kulturowej całości. Jak Boris Yelnikoff w filmie Woodiego Allena Whatever Works - należy wyjść "poza obraz".

Socjobiologia ma ambicję, aby wyjaśnić genezę i rozwój tej ideologicznej sfery zwanej szumnie "kulturą". W tym celu posługuje się terminem wymyślonym przez Richarda Dawkinsa: mem. Memy to w skrócie podstawowe jednostki rozwoju kultury, można nawet powiedzieć, że to kulturowe geny, które również podlegają prawom doboru naturalnego. Całość naszej wiedzy, teorie naukowe czy religie to po prostu zbiory memów- mempleksy, które okazały się na tyle atrakcyjne, że niczym wirusy umysłu, zainfekowały ludzkie mózgi i rozprzestrzeniają się dalej "przeskakując" z głowy do głowy poprzez naśladownictwo, wykorzystując do tego na przykład internet, książki czy telewizję. Mem to zwyczaj uściśnięcia dłoni przy powitaniu albo chwytliwa melodyjka, której nie możemy przestać nucić. Memetyka, czyli nauka badająca memy, może być przydatna na przykład w reklamie, podsuwając specom od manipulacji masami, w jaki sposób sprawić, by język giętki i gładki skłonił ludzi do jeszcze większej konsumpcji (zachęcam używania słowa "mem" podczas gry w literaki - zawsze to sprawdzają, naiwniacy). Na marginesie, takie sztucznie generowane podniety to zmora naszej cywilizacji. Jak wybrnąć z tego impasu? Dzisiaj wydaje mi się, że kluczem do tego może być tylko muzyka.

środa, 10 lutego 2010

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Pedały! Pedały będą się panoszyć po naszej uczelni! - krzyczał profesor X na wieść o tym, że uniwersytet stał się ofiarą administracyjnie wymuszonej tolerancji dla homoseksualistów. Horror, horror, brzmiały ostatnie słowa Kurtza pod koniec Jądra ciemności. Świat poszedł do przodu, skwitowałby to beznamiętnie Rewolwerowiec, niestrudzenie podążając w kierunku Mrocznej Wieży. Czasy się zmieniają, śpiewał Bob Dylan. Naucz się pływać, albo pójdziesz na dno jak kamień. Co można zrobić? Witaj ciemności, moja stara przyjaciółko; przychodzę, aby znów z tobą porozmawiać...

Czasem mam wrażenie, że pod powierzchnią widzialnej rzeczywistości kotłują się siły, których istnienia nie uświadamiamy sobie na co dzień, ale które instynktownie wyczuwamy przeglądając poranną prasę lub wieczorne wiadomości. Niektórym wydaje się, że znają źródło tej tajemniczej energii wpływającej na bieg historii. Inni sądzą, że nic takiego nie ma miejsca, a światem rządzi przypadek. Jednak zdarza się jednym i drugim obudzić w środku nocy z cichym westchnieniem: to już przesada...

Nietzsche przestrzegał, że kto stale siebie oszczędza, w końcu zaczyna od tego chorzeć. Zastanawiające, jak wielką popularnością cieszą się od lat studia z psychologii. Mogłoby się wydawać, że problemy psychiczne są głównym zmartwieniem współczesnego człowieka, że panuje swoista moda na leczenie się na przykład z depresji. Niewiele brakuje, by potraktować smutek jako jednostkę chorobową. Nie zatrzymuj się. Bądź szczęśliwy i wydajny. W tym mieście obowiązuje zakaz oglądania się za siebie. Emile Cioran pisał, że im bardziej nienawidzi się ludzi, tym bardziej dojrzewa się do Boga - do dialogu z nikim.

Kazimiera Szczuka, miłość mojego życia, dała chłopakowi w zęby gdy ten bezczelnie stwierdził, że jej program o książkach "ssie pałkę". Faceci kochają zołzy. W świecie mięknących mężczyzn nic więc tak nie drażni jak miękkie kobiety. Nic tak nie drażni jak własne wady dostrzeżone u drugiej osoby. I nic nie daje też takiej satysfakcji jak bezlitosne napiętnowanie tych słabości. Sadysta to istota wyposażona w radar bezbłędnie wyczuwający ofiary losu. Słodka zemsta desperatów tęskniących za życiem z telewizora. Libertynizm nie musi być wykładany w szkołach. American Psycho. Sto dwadzieścia dni Sodomy kuszą dziś rekompensatą za sto lat samotności.

mistrz był pogodzony z miernotą życia
nocą kładł dłonie wzdłuż ciała a stopy składał razem
kiedyś przyłapałem go na westchnieniu
to już przesada

pamiętam jego twarz niewinną za zasłoną snu
bez skargi na nierówność spokojna i ufna
tylko drgająca warga zdradzała ją pretensją do świata
mogłem wytatuować mu sutki na plecach

wczoraj przyniósł martwego niemowlaka i rzekł
jego małe usta już ci nie powiedzą kocham cię
a ja dopiero o zachodzie słońca opanowałem śmiech
zrozumiałem mój świat

gdy opuszczałem rodzinną wioskę
nie było w niej internetu
dziś wracam spokojny
słucham syren