poniedziałek, 9 lipca 2012

Pewnego razu w Westeros

Upał. Lato jak co, no jak piekarnik rozgrzewa powietrze i torturuje grubasów (czyżby chudzielcze uprzedzenia?), a niskie lub wysokie prądy atmosferyczne (no idea what I'm doing) elektryzują okolicę. No i co się dzieje, no błyska się i grzmi dudniącym echem burza, wyją samochody, drżą szyby w oknach, drżą biedne psy. Mój pies drży. Drży, sapie, ślini się, śmierdzi tchórzem i robi wielkie oczy. No po prostu boi się. Tchórz. A ja nic. Znaczy, nie boję się w środku, w mieszkaniu rozświetlanym promieniami atmosferycznej furii zachowuję zimną, chociaż stopniowo podgrzewaną krew. Ale jak mnie złapie burza na zewnątrz, wśród przestrzeni otwartych, obwieszonego metalem i elektroniką, to mam ochotę rzucić się przed siebie w panicznej ucieczce krzycząc jak mała dziewczynka. Że szanse na trafienie małe? No właśnie. Podczas burzy coś tak zwykle czuję, że mam fart. No i po prostu boję się, że mogę wygrać. To nie brak odwagi więc. To skromność.

Burza. Kiedyś zsynchronizowałem się z tym zjawiskiem podczas zwiedzania doliny pięciu stawów. Ponoć w górach prawdopodobieństwo trafienia wzrasta, a że wtedy się wywinąłem, to no, kto wie, oglądaliście chyba Final destination...  Tak czy siak, być może mnie przegrzało, ale sami przyznacie, że zakrawa to niemal na ironię losu, że ostatnio mam pod dostatkiem piorunów, podczas gdy najbliższa okolica wciąż cierpi na totalny i chroniczny brak trąb powietrznych. Jakiś czas temu widziałem nawet spalający się w atmosferze meteor (mam nadzieję, że meteor, a nie trafioną piorunem przypadkową jaskółkę, tę siostrę burzy i podniebny sztylet, nurkującą bezwładnie z rozżarzonymi elektrycznie piórkami), natomiast przeżycie (no, nie będę taki pazerny z tym przeżywaniem) rozszalałego tornada pozostaje doświadczeniem wciąż dziewiczym i odległym. Niezaspokojonym. Ech, trąbo powietrzna...

No więc upał, burza, pies śmierdzi tchórzem, a ja co, a ja w Westeros. Nadciąga zima? Bitch, please. W takie dni wierzę w globalne ocieplenie. Wierzę w UFO. W zombie. Nawet w angielską królową, ale nie w skutą lodami (mmm, lody...) północ. Fuck it. W lipcu wracam na Diunę. Wyobrażam sobie samego siebie jak wciągam specjał (mam nadzieję, że nie wcisnęli mi znowu LSD, chociaż efekt byłby podobny), zakrzywiam czasoprzestrzeń z cichym lub głośnym iiiikkkk, zaczynam rozumieć naturę Absolutu, łączę się z czymś tam czy coś... no i co się wtedy dzieje? No właśnie, efekty uboczne zażywania specjału. Znów budzę się za Murem, a snarki i grumpkiny wychodzą z bajek opowiadanych przez stare nianie, coraz bardziej realne i nagle coraz mniej jest mi do śmiechu. Tylko pieśń lodu i ognia...

Nie mam pojęcia, czemu mój pies boi się burzy. No ale kto by tam przypisywał stany mentalne zwierzętom? On się więc nie boi. On - biologiczny mechanizm - reaguje. Na bodźce czy coś. Tak, tak, wiem, wiem - kogo chcę oszukać. Sam na codzień zajmuję się przetwórstwem koncepcyjnym, doszukując się w zachowaniu psa (still no idea what I'm doing) relacji semantycznych. Czy czegoś. Jeść. Siku. Poczochrać za uchem. Czy on myśli? Dokąd płynie, kiedy w snach odchodzi stąd (no i o czym szczeka, ale to usłyszy nawet Urszula)? Może gdybym się chwilę zastanowił, może wtedy, jakiś pomysł, jakiś... Upał. Żar. Nawet komp rzęzi pod obudową. Rozebrać go, rozebrać? Ciiii... Już niedługo. Wkrótce. Na południu powiadają, że wróciły smoki.

środa, 13 czerwca 2012

A tak naprawdę jest inaczej

W starym domu moich dziadków odnalazł się po latach dawno zagubiony pokój. Ktoś na ścianie powiesił kiedyś płaszcz, ktoś inny palto - z czasem kłębowisko niemodnych ubrań rosło jak gniazdo dla moli zakrywając ścianę, drzwi i w końcu pokój, który nagle i tak po prostu przepadł. Osunął się w niepamięć. Zniknął. A teraz się odnalazł. I było tam wszystko co minęło, i co wróciło nagle w stanie nienaruszonym i zakonserwowanym, chociaż odrobinę zakurzonym. Była tam szafa ze starymi zabawkami. Był zaginiony stryjek - wciąż czytał książkę. Był tam nawet Bóg opuszczony przez swoich wyznawców. Próg, jak trzydziesty ósmy równoleżnik dzielił świat na dwie strony - prawą i lewą. Której było więcej? A którą wolisz? - zapytała stuletnia starowinka, moja praprababka. Nigdy tego nie wiedziałem. Co wolę?

Czasem spotykam kogoś, kto robi coś czego nie rozumiem. A przynajmniej nie rozumiem do końca - czyli wcale. Szybko znajduję wyjaśnienie - pewnie to wariat. Przychodzi, notuje coś w swoim starym, obszarpanym zeszyciku, przeczyta to czasem lub nie. Wysłuchają i podziękują. Snuje ten człowiek swoje myśli w skomplikowany chociaż konsekwentnie zagmatwany wzór szaleństwa. Wariat. Co on tutaj robi? A kto go tam wie. Obserwuję go ukradkiem jak rusza ręką, kiwa głową i mruży oczy. Mruga. Być może zbyt długo tam siedział, zamknięty w tym zapomnianym przez świat pokoju pochylony nad stosami książek. Obłęd. I myślę sobie wtedy, że chciałbym go kiedyś spotkać w Korei Północnej. Na paradzie. W mauzoleum Kim Ir Sena. Wierzę, że on też.

Wyobrażam sobie. Puste ulice zalane betonem wyczekują na tłum naładowany wymuszonym entuzjazmem dla zmarłego przywódcy. Wyobrażam sobie że tak jest, chociaż zawsze mógłbym zmienić reguły gry. Mogliby tam przyjść specjalnie dla mnie. Logika modalna, logika alternatywnych możliwości - wielkie mi coś. Są światy inne niż ten - a przynajmniej mogłyby być - wiem to od dziecka. Gdyby to było prawdą. Gdyby to. Jeśliby założyć. Sytuacje kontrfaktyczne. Czemu nie? Uwierzę w to, gdy spotkamy się w innym życiu, w innym świecie - w Korei. A teraz? Kim Dzong Il nigdy nie chciał mi wysłać zaproszenia do Phenianu. Czasem go rozumiem. Czasami nie. Wiem tylko tyle, że ten mój jeden dzień z życia Korei Północnej mógłby być tym właśnie dniem. Mógłby być wspaniały.

To mógłby być wspaniały dzień, tak jak odnaleziony pokój, w którym od lat, w zakurzonej stagnacji, pielęgnowano szaleństwo. Wstyd się przyznać, ale dzielę z nim smutną tajemnicę. W jego zmaltretowanych zapiskach wszystkie dowody kończyły się zawsze tym samym wnioskiem - wspaniały dzień jest ostatnim dniem. To chwila, którą się konserwuje. A ja odkąd tylko pamiętam, zawsze miałem ten sam problem ze zmianą - może być ona tylko na lepsze lub na gorsze. A gdy lepiej być już nie może? Wtedy zdobywamy szczyt na którym można tylko umrzeć. Gdy jest wspaniale, wszystko jest dozwolone - tak musi być, więc tak trzeba. Wspaniałość zachowuje się tylko przeszłością.

Wiele długich godzin spędziłem zanurzony w tych chorych rojeniach, desperackich próbach ucieczki przed przemijaniem. To dla twojego dobra - zdawał się myśleć tego dnia, gdy podnosił tamten kamień. Byłem skłonny w to uwierzyć, wszak kochał piękno. I fizykę. A stare pokoje pachną pleśnią. To taka zgrzybiała czasoprzestrzeń.

niedziela, 4 marca 2012

To wciąż było

Oscary. Ponoć jeżeli nudziłeś się na Artyście, masz mózg wyprany przez transformersy przy dźwiękach dub-stepu. Słowo daję, ale długo myślałem nad tym twierdzeniem, wciąż jednak nie znajduję w nim nic obraźliwego. Wręcz przeciwnie - wizja cybernetycznych ingerencji dokonywanych przez inteligentne maszyny, wywołuje we mnie ten tajemniczy dreszcz podniecenia, tak dobrze znany tym wszystkim fetyszystom technologicznych interwencji - fanatykom transhumanizmu. Ale może coś źle usłyszałem? Wszak ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. Gdy ktoś na przykład próbuje popsuć mi humor tekstem, że nie mam racji w jakiejś sprawie, ja słyszę tylko - chcę być taki jak ty, jak dorosnę. I wtedy serce mi ściska trwoga, i ogarnia mnie troska o człowieka, który wybiera tak trudną, acz wspaniałą ścieżkę życia - bycia mną - zamiast, nie, nie bycia sobą, nudziarze, zamiast oczywiście Johna Malkovicha.

No właśnie. Dzieci. Jak one nic nie wiedzą! Nawet moja półroczna siostrzenica, nie dość, że ledwo sama usiedzi w miejscu bez przewracania się na boki, to zaledwie średnio raz na trzy partie wygrywa ze mną w szachy - co za głuptasek! A kino najnowsze zdaje się tęsknić za tą dziecięcą naiwnością, produkując pozycje ociekające nostalgią za tym, co było, minęło i nie wróci. W końcu oskarowy Artysta to czarno-biały powrót do czasów, w którym aktorzy, jak dzieci, nie potrafią jeszcze mówić, za to świetnie komunikują się z widzem przy pomocy pełnych ekspresji gestów oraz min. Ten sentyment do przeszłości sprawia, że nie tylko o północy w Paryżu, wszystko to, co minione, pokrywa się nagle szlachetną patyną. Po latach, nawet Meryl Streep, jako Żelazna dama, żyje wspomnieniami swoich niepodzielnych rządów, a steampunkowy Hugo Martina Scorsese, w czasie wolnym od strojenia zegarów, na nowo odkrywa pomysłową twórczość Georgesa Meliesa.

 Te powroty do przeszłości to z jednej więc strony oda do beztroskiej dziecięcości, z drugiej, znacznie rzadziej spotykane - ukryte wezwanie do czerpania mądrości z doświadczeń naszych przodków. Takie właśnie skojarzenie nasunęło mi się przy filmie o Margaret Thatcher, która zasłynęła z podejmowania trudnych, czyli niepopularnych decyzji, wyciągając kraj znad skraju zapaści gospodarczej. I chociaż co poniektórzy pomyślą, że snuję kolejną spiskową teorię dziejów, to jednak ciepłe spojrzenie na taką postać może sugerować powolne oswajanie widowni ze zmianami, jakie dla światowej ekonomii powoli przygotowują rynkowi regulatorzy (z tą różnicą, że Thatcher była zwolenniczką wolnego rynku). A ja mam tylko żal do filmowych producentów, że zamiast namiętnie babrać się w przeszłości, nie skoncentrują się, najlepiej w sposób wysokobudżetowy, na możliwościach, jakie niesie przyszłość w wykonaniu science-fiction. A przeszłość?   

Znawcy na przykład kultury starożytnej, muszą się ze mną zgodzić, że większość tamtejszych spektakli odbywała się głównie ku prostej uciesze gawiedzi, a nie podniosłej refleksji. Jednak po wiekach spędzonych w klasycznej formalinie, dzieła straciły żywotność właściwą swoim czasom, i nagle, taka pozbawiona kontekstu Ducha Dziejów, komedia, przy której dawniej zrywano boki, dziś podziwiana jest wyłącznie na kolanach, jako zaledwie klasyka, ale gatunku. Stąd czasem aż strach pomyśleć, co za tych sto, dwieście lat odkopią i na nowo odkryją z naszej kultury ci wszyscy kinomani z przyszłości. Chyba że ktoś w ogóle nie czuje moralnej odpowiedzialności za przyszłe pokolenia - wtedy spoko. No ale jak komuś leży na sercu lub wątrobie kwestia tego, co będą ściągać na swoje wypasione implanty wszczepiane bezpośrednio w mózgi, wnuki naszych wnuków, to powinien żyć nadzieją, że nie będą to przynajmniej filmy Terrencea Malicka. Słowo daję, jak ktoś mi mówi, że Drzewo życia było fajne, to mnie trafia Melancholia. Po torturach podczas seansu tej pompatycznej produkcji, nawet Cienka czerwona linia zbladła i zgubiła swój podniosły klimat gdzieś na drodze do nowej, alternatywnej Ziemi, pozbawionej tego prze-artystycznego patosu.

Wszystko płynie. Wydaje się, że gusta filmowe podlegają tym samym prawom co moda, cokolwiek to znaczy, chociaż proces ten zachodzi nieco szybciej w dziedzinie audio-wizualnej, niż w przypadku sfery tekstylno-odzieżowej. O wiele łatwiej wyobrazić sobie przecież tamto nagłe znudzenie publiczności kinem niemym, na rzecz kina udźwiękowionego, nieco trudniej - przejście od wzorzystych, bogato zdobionych tkanin, do względnej prostoty współczesnego odzienia. A nie trudno uwierzyć mi na słowo, a babeczki szczególnie się ze mną zgodzą, że nasz strój wpływa na nasz sposób bycia, co dobitnie ilustruje historia spodni jeansowych. Być może z gustem filmowym jest podobnie?  

W przeciwieństwie do żyjącego wiecznie Człowieka z Ziemi, my, zwykli (że na chwilę błysnę skromnością) ludzie, jesteśmy zanurzeni w faktyczności o dość ograniczonej perspektywie czasowej, stąd większość zmian dokonujących się na kartach historii ma dla nas naturę raczej skokową niż ciągłą. I chociaż jakiś hipster (ech, to erystyczne zaszufladkowanie adwersarza, zanim zdąży coś powiedzieć) może mi zarzucić, że dwoję się i troję, byle uzasadnić mój brak wrażliwości na artyzm zawarty w Artyście czy nieszczęsnym Drzewie życia, ale czy dialektyka dziejów nie skłania nas raczej do wesołego taplania się w papce kultury, w którą zostaliśmy wrzuceni? Po co trwać w przekonaniu, że kiedyś było lepiej, skoro lepiej, ba, o wiele lepiej upatrywać korzyści wynikających z tego, co przyniesie przyszłość? To, że ten podstępny, kreacjonistyczny zdrowy rozsądek, każe nam myśleć, że świat wygląda właśnie tak, jak nam się to wydaje tylko tu i teraz...  Jak nie potrafisz sobie czegoś wyobrazić, to dlatego, że za słabo się starasz.

środa, 29 lutego 2012

Świąteczna gorączka

Historia pełna przygód? Wsadźcie to do worka z napisem „Bzdury dla grzecznych dzieci”, zaraz obok Świętego Mikołaja i Gwiazdki. Zawsze tak uważałem, a przynajmniej od czasu kiedy sam przestałem być dzieckiem, chociaż bywają dni gdy wydaje mi się, że tak naprawdę nigdy nim nie byłem. I nigdy też nie sądziłem, że sam będę miał jedną z tych historii do opowiedzenia. Teraz, gdy wreszcie ruszyłem dupę żeby spisać wydarzenia które, nie bójmy się tego określenia, wstrząsnęły światem, doszedłem do wniosku, że jestem wam winien pewne wyjaśnienie. Pozwólcie więc, że zanim przejdę do sedna poczynię krótką dygresję. Dominika miała zwyczaj zawsze powtarzać, że jestem zbyt lakoniczny, i że trzeba nieźle się napocić by coś ze mnie wyciągnąć. Cóż, jeśli chodzi o moje towarzyskie relacje - miała rację. Jednak tłamszone na co dzień myśli, gdy pochylam się nad kartką papieru pozwalając im wreszcie dojść do głosu, wypływają nagle szerokim nurtem, niosąc ze sobą cały ten zebrany po drodze syf.

Mówię o tym, bo zależy mi żebyście mnie dobrze zrozumieli - nie chciałem, żeby doszło do tego co się stało. I chociaż trudno wam będzie w to uwierzyć, a nie uwierzą mi na pewno ci, którzy w tym momencie nie są w stanie okazywać już żadnych uczuć, a ich jedynym zajęciem jest obłąkane maszerowanie po ulicach naszych miast, to ja naprawdę chciałem dobrze. I mimo że większość z was znajduje się w tej chwili, podobnie zresztą jak i ja, zabarykadowana w bezpiecznych schronach z dala od koszmaru na zewnątrz, nie proszę was o zrozumienie. Nie będę nawet przepraszał. Przepraszałem już milion razy i wiem, że słowo to znaczy dziś mniej, niż... no cóż, czy oprócz żywności, dachu nad głową i ciepłych ubrań, ma coś jeszcze dzisiaj jakiekolwiek znaczenie? Historia pełna przygód?

Wszystko zaczęło się w Wigilię. Martwe choinki nie zdążyły jeszcze upstrzyć dywanów zielonym igliwiem, a wraz z końcem dnia balkony promieniowały światłem kolorowych ozdób. Elektrownie pompowały prąd, by zasilić świątecznym nastrojem miejskie ulice, coraz jaśniej im bliżej centrum. Przypadek sprawił, że i ja znalazłem się tam, wśród tłumów obładowanych prezentami i ciastem, oraz ulicznych skrzypków, sprawiających że nawet najweselsze kolędy brzmiały jak marsz pogrzebowy. I właśnie wtedy, nucąc pod nosem Last Christmas, zacząłem osuwać się na skraj szaleństwa ciągnąc za sobą całą resztę.
- Cześć!
- O, cześć, cześć! – Ktoś mnie minął kręcąc głową. Kto to był? Marek? Łukasz? Głos jakby Marka, ale postura bardziej Łukasza. Możne jednak Krzysiek? Tak, to na pewno był Krzysiek. To nawet lepiej, że to był on. Nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą, więc mogłem go nie zauważyć bez specjalnych wyrzutów sumienia. Świąteczna paranoja zaczynała osiągać swoje apogeum, a ja zazwyczaj byłem zbyt nerwowy, żeby tak po prostu olać tak bezpośrednie przywitanie. Szczególnie w Wigilię.
Już chciałem odejść, gdy zza pleców ten sam głos zarzucił przynętę i schwytał mnie, znienacka, w żelaznych kajdanach przypadkowego spotkania na ulicy.
- Pająk!
- Kylo! – Odkrzyknąłem, bo cóż miałem rzec. Wada wzroku zawsze była dla mnie czymś w rodzaju niewidzialnych okularów przeciwsłonecznych, ale nie czapką niewidką. Mogłem się za nią schować, ale nie potrafiłem zniknąć.
- Pająk! A czy ty wiesz, kto się o ciebie ostatnio pytał? – Ktoś się mną zainteresował? Ktoś poświęcił mi jakąś myśl? To coś znaczy!
- Kto?
- Dominika!
- Kiedy?
- Nigdy, frajerze! Nie udawaj, że mnie nie widzisz! Cześć! No i wesołych świąt! Ha! Ha!

Zniknął, wysoki, tak wysoki, że jeszcze w jakiś czas jak poszedł, ja stałem w jego cieniu, zdumiony i zdenerwowany. Bo to prawda, nazywam się Pająk. Na imię mam Tomek, a po nazwisku mówili mi od dzieciństwa, a dzisiaj to i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Na uczelni co prawda przestali, pan Tomasz, Tomaszu. Chociaż to dziwne. Jestem niski i chudy oraz noszę okulary. Nietzsche nazwał Kanta pająkiem, a to znaczy, że próbuję powiedzieć coś o sobie. Jeśli spotkacie mnie kiedyś, nie pytajcie mnie, proszę, która godzina. Nie jestem spider-man’em. Boję się ludzi.

Skręciłem w jakąś ulicę, nie widziałem nazwy, ale jest tam MacDonalds i księgarnia. W sumie centrum miasta, gdzieś tam jest park i fontanna. Kiedyś usiadłem na ławce z Dominiką i opowiadałem jej o masturbacji dziadka Marilyn’a Manson’a. Odruchowo wszystko pokazuję na sobie i potem już nie dała mi się odprowadzać do domu. A próbowałem. Chyba zbyt często. Chyba tak. Przez Krzyśka przypomniało mi się, że ledwo widzę na oczy, i skupiłem się na kontemplowaniu tego zjawiska. Od niepamiętnych czasów nosiłem wadę wzroku jak przyciemniane okulary w stylu tych wszystkich lansujących się szpanerów, których mijamy na ulicy zazdroszcząc im wyglądu i śmiejąc się w duchu z ich niewątpliwego upośledzenia umysłowego. Ale z nią, na brzydkiej twarzy, mogłem iść z podniesioną głową i ze zmrużonymi oczami, mając za jedyne punkty orientacyjne, światła przejeżdżających samochodów, a jako zajęcie, rozmyślania nad tym, kim będę, kiedy wreszcie los podaruje mi na urodziny (lub na Gwiazdkę – Ha! Ha!) szansę na lepsze życie.

Dziś, o mój Boże, nie mam pojęcia, jak mogłem tak żyć, ale właśnie dlatego, że żyłem tak a nie inaczej, zakochałem się po raz pierwszy. A później zakochałem się po raz drugi, i o tym jest ta historia. Że co? Obiecywałem coś innego? To właśnie przez to, że się zakochałem, akurat w Wigilię, zniszczyłem świat. Nie wierzycie? Nie chciałbym być odebrany jak ktoś, kto całymi dniami użala się nad sobą jednocześnie nie robiąc nic, aby zmienić jakoś swoje życie. To prawda, że sporo myślę o sobie i o tym, jak mogłoby być lepiej, niż beznadzieja właściwa mojej powszedniości. Czasem uciekam w fantazje, ale wydaje mi się, że potrafię je odróżnić od rzeczywistości. Gdy Dominika odeszła w zapomnienie, a ja, idąc przez rozmiękczony śnieg tego świątecznego dnia, zaszedłem do kawiarni napić się kawy, obsłużyła mnie ona, piękna nieznajoma. Gdy ją ujrzałem, stało się coś dziwnego, iskra przeskoczyła między nami, rozgrzewając powietrze wokół, niczym płomień palnika. Uśmiechnęła się do mnie, a świat zrobił się łatwopalny. Ogień ogarnął ludzkie umysły - gdybym był cyniczny, powiedziałbym, że ogarnęła ich świąteczna gorączka. Ludzie rzucili na ziemię paczki z prezentami i skoczyli sobie nawzajem do gardeł. I wcale nie składali sobie wtedy życzeń szczęścia, zdrowia i pomyślności. Słychać było tylko wściekły wrzask, a wokół walały się flaki, wszędzie wokół walały się flaki... No cóż, tak czy siak, wesołych świąt!

sobota, 22 października 2011

Sto procent niepewności

Może gdybym papierosy palił i kawę pił, to stan ów bym pokochał - samo jednak JA czasem już nie starcza i siano wszędzie, ino siano, słoma... Gdy nuda w tryby czasu wrzuca gumowe spowalniacze, a wszystko co konstruktywne i pożyteczne bezsilną pluje awersją, wtedy właśnie ciągnie mnie tam, gdzie schodzą się ludzie przekonani. Przekonani o tym, że idee którymi wypełniają po brzegi swoje wielkie mózgi, są ze wszech miar warte podtrzymywania i obrony. Ciągnie mnie tam, gdzie sądzi się że racja jest najichsza, a reszta się myli i to jak. Ciągnie mnie w miejsca przestronne, potakującą publicznością wypełnione i z ustawionym na środku auli mikrofonem. Ciągnie mnie na sympozja teologiczne.

Jakie to odświeżające - spotkać człowieka, który rzeczywiście wierzy w to co gada, a nie, tak jak ja, tylko zmienia zdanie na przeciwstawne w zależności od tego z kim akurat rozmawia. No bo gdy ktoś na przykład mi mówi, że lubi czytać Harrego Pottera, to ja jak z automatu odpowiadam, że książka ta szkodzi dzieciom, ponieważ sugeruje iż wszelkie problemy można rozwiązywać przy pomocy magicznych sztuczek. Gdy ktoś twierdzi natomiast, że proza J. K. Rowling to szatańskie wersety i równia pochyła do otchłani piekielnych, ja zarzucam mu, bo jakżeby inaczej, przesadę i fanatyzm w ocenie literatury przygodowej. To straszne, gdy poznając nową osobę nie wiem co myśli ona o życiu, wszechświecie i całej reszcie - nie mam wówczas pojęcia z jakimi przekonaniami się odsłonić! A na sympozjach teologicznych wszystko wydaje się takie proste...

Zawsze miło spędzam czas, wysłuchując obrażających zdrowy rozsądek bredni wygłaszanych na teologicznych sympozjach. Tak - bredni. Cóż, nie chodziłbym przecież na takie spotkania, gdyby idee tam przetwarzane mogły wzbudzić we mnie to okropne uczucie - chęć akceptacji jakiejś przetworzonej idei! Z góry zakładam więc, że wszystko cokolwiek usłyszę uznam za przyjemny dla ucha absurd, i jak dotąd nigdy się nie zawiodłem. Nigdy też nie odmawiam sobie przyjemności zadania paru pytań na koniec. I nigdy też nie znudzi mnie reakcja publiczności na moje wystąpienie - zawsze znajdzie się kilka osób, u których wzbudzę ewangelizacyjne zapędy. Ile to ja już dostałem numerów telefonów z prośbą o szybki kontakt w celach duchowo-reanimacyjnych! Ale niestety - głównie od młodych księży. Okazuje się, że młode, urodziwe i niewyświęcone babeczki, nie tylko ewangelizacyjnych zapędów są pozbawione, ale i chęci przesiadywania na sympozjach, zarówno tych teo-jak-i-nie-teo-logicznych.

I tak na przykład parę dni temu dostałem adres kościoła. Kościoła, w którym można spotkać kobietę. Kobietę, która krzyczy. Co krzyczy? Krzyczy to, co krzyczy, ważne, czemu krzyczy. No, krzyczy, bo jest, jakżeby inaczej, opętana. Facet poznany na teologicznym sympozjum zarzekał się, że kobieta na umyśle zdrowa, co stwierdził psychiatra (i to nie jeden). Skoro zdrowa na umyśle, to musi zdrowo opętana. Więc jak komuś wiary ubywa, niech pójdzie posłuchać i popatrzeć, a nuż się nawróci, jak się z takim zjawiskiem bezpośrednio zetknie. Zostawmy na marginesie moralną ocenę praktyki wykorzystywania "krzyczącej kobiety, potencjalnie opętanej" w celach kościelno-marketingowych, i odpowiedzmy na pytanie z gruntu ciekawsze - czy autor niniejszego sceptycyzm chwalącego wpisu z zaproszenia na szatańskie show skorzystał? Nie, nie skorzystał. Czemu?

Nawet największy hardkor, skończywszy o 3 nad ranem oglądać Egzorcyzmy Emily Rose, ma wewnętrzny opór przed beztroskim udaniem się do łazienki, gdy nagle siły zła w ciemnościach się czają, w mrocznych zakamarkach przedpokoju i w cieniu kuchennych szafek. Czy więc ktoś, kto tak dziarsko (a co tam!) pozwala sobie na ateistyczno-teologiczne prowokacje przy dziennym świetle, nie osłabia tym samym swego hipotetycznego duchowego pancerza, narażając się na atak ze stron demonicznych po zachodzie Słońca? Odpowiedź wydaje się oczywista.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Praktyki smoleńskie

No nie mogę się powstrzymać. Smoleńsk. Wiem, wiem. Ale nie chodzi mi o odgrzewanie starych, mielonych kotletów, chociaż na pierwszy rzut oka tak może się wydawać. Dzisiaj trochę z innej beczki. Na pewno pamiętacie newsy o czterokrotnym podchodzeniu do lądowania, pijanym generale w kokpicie (każdy lekarz powie, że organizm po śmierci wytwarza alkohol i nawet promil alkoholu we krwi o niczym nie świadczy), fałszywe cytaty o lądujących "debeściakach" itd. I to wszystko już od pierwszych informacji o katastrofie - czy nie jest ciekawe, że wypływało tylko to, co w jakiś sposób mogło skompromitować Kaczyńskiego i jego ekipę? Uprzedzam - to nie będzie post pro pisowski - nie dla psa kiełbasa. Polecam.

Zgadzam się z opinią zdroworozsądkową odnośnie katastrofy w Smoleńsku, która brzmi mniej więcej tak: na drogach dziennie ginie więcej osób, a nikt nie robi wokół tego takiego szumu. To prawda. Fakt, że zginęły osoby publiczne tego nie usprawiedliwia - nawet po śmierci Michaela Jacksona ogólnoświatowy "cyrk" trwał krócej. W tym wypadku jednak o wiele bardziej niż żałoba, liczą się konsekwencje. W przypadku polityki jakość każdej konsekwencji mierzona jest słupkami poparcia, czyli władzy, co w dalszej perspektywie sprowadza się do pytania, kto straci, a kto zyska na katastrofie?

Słuszne oburzenie dopada naród, gdy PiS jedzie po trupach do celu. Ale polityk musi być cynikiem - musi przed kamerami umieć się rozpłakać i oburzyć nawet z powodu najmniejszej pierdoły - widzowie, przyzwyczajeni do narracji telenowelowej, po prostu to lubią. Gdyby polityk mówił to, co myśli i robił to, co jest racjonalne (zwróćcie uwagę, że wierzę tutaj naiwnie w intelekt polityków stłamszony okrutnie przez ogłupiony motłoch), to by się pożegnał ze stołkiem - jak powiedział był kiedyś Tomasz Lis na żywo - widzowie wybaczą wszystko, oprócz poważnego traktowania. Małe przyjemnostki dla maluczkich, żeby mieli zajęcie i się nie stresowali. Trzeba się z tym pogodzić - dopóki wyborcza większość (a faktycznie - rządząca mniejszość) dyktuje reszcie normy i gusta, opór nie ma sensu. Uroki demokracji.

Wszyscy widzieliśmy w mediach "fanatyków pod krzyżem". A widzieliście masy ludzi, którzy przyszli się z tych "fanatyków" nabijać? Wielokrotnie można było usłyszeć, że młodzi ludzie zebrani na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, chcą pokazać jacy są nowocześni, ironiczni i sceptyczni wobec katolandu - ale co ciekawe, kamery jakoś niechętnie te otwarte masy filmowały - młodych ludzi popychających, szarpiących, naśmiewających się z rozmodlonych staruszków. Albo skandujących hasła przeciwko pochówkowi na Wawelu, wśród królów (zapewne byli to monarchiści - chociaż zważywszy na oskarżenia Kaczyńskiego o zapędy dyktatorskie, to wybór chyba był trafny) - nowoczesność i otwartość w praktyce? Raczej brak symetrii.

Było jasne, że PiS na katastrofie może zyskać, jeśli odpowiednio tym zagra, bo przecież życie to gra, jakby nie było to cyniczne i oburzające. Ale czy nie jest równie oburzające, że pewne "polityczne siły" od początku próbowały ośmieszyć i skompromitować Lecha Kaczyńskiego oraz ludzi, którzy gromadzili się pod pałacem by protestować przeciwko opieszałości śledztwa? Przecież wiadomo, że jak PiS by zyskał, to ktoś inny by stracił. Więc Tusk pędził na miejsce katastrofy, żeby jako pierwszy przed Jarkiem i przed kamerami przytulić się z Putinem. Cyniczne? Polityka. Pragmatyzm.



System Of A Down - Toxicity przez Jet9009

wtorek, 15 marca 2011

Po prostu dzień

Zanim moderacja racjonalisty.pl wlepiła mi kolejnego, utrzymującego się już od tygodnia, 24-godzinnego bana za czepianie się, że mi kasują komentarze (czepianie się kasowania komentarzy podpada pod paragraf 38, który głosi, że nie można komentować działań moderacji - słowo daję, pasuje tutaj bardziej paragraf 22), przeczytałem tam ciekawy artykuł, w którym autor dywaguje, w kontekście ostatniego trzęsienia ziemi w Japonii, co kieruje ludźmi, którzy przeżywszy jakąś tragedię, idą do kościoła żeby się modlić dziękczynnie, chociaż wielu innych nie miało szczęścia wyjść cało z opresji. Skąd ta irracjonalna niemoralność? Albo jak to możliwe, że wszechmocny Bóg, niby taki dobry i w ogóle, a stworzył Japonię na uskoku tektonicznym - może, jak sugerują stereotypowi Amerykanie na facebooku, zrobił to w odwecie za Pearl Harbor? Trudno powiedzieć. Ale na buddyjskiej karmie najlepiej zna się Sharon Stone - w końcu Dalajlama jest jej kumplem.

Tak czy siak, zastanawia mnie, czy nawet w życiu prawdziwego racjonalisty, nie pojawiają się, zaskakująco często, wątki ewidentnie irracjonalne. Weźmy takie "dzień dobry". Co my właściwie chcemy przekazać tym komunikatem? Chwalimy się, że mamy świetny dzień, czy próbujemy rzucić zaklęcie, żeby ten dzień dobrym dopiero się okazał (tertium non datur!)? Jeśli to drugie, to czy nie byłoby rozsądne, żeby pomyśleć nad jakimś bardziej racjonalnym przywitaniem, nie wywołującym skojarzeń magiczno-zabobonnych? Może: niech żyje Darwin (w naszej pamięci)? Ave Dawkins? Wiwat teoria ewolucji!? Absurd? Kiedyś o kanalizacji mówiono, że absurd, bo się ludzie bali straszących wybuchem podziemnych odchodów, a dziś własny kibelek w mieszkaniu to niemal standard. Nie bójmy się absurdów!

Każdy prawdziwy racjonalista, prawdziwy, czyli nie żaden farbowany, co to niby antyklerykalny i pro-ewolucjonistyczny, ale skory żeby współbraci w rozumie "dobrym dniem" straszyć, po pogańsku niemal, musi, ale to musi przyznać, że nawet zwykłe "dzień dobry" nie jest sprawą banalną, gdy pomyślimy o tych wszystkich niewinnych dzieciach, narażonych na codzienny kontakt z zaczarowanym ciemnogrodem. Ktoś mógłby co prawda powiedzieć, że wymyślanie nowomowy pachnie Orwellem nawet wtedy, gdy mydlimy ludziom oczy dobrem hipotetycznych dzieci, ale ja zawsze powtarzałem, że Orwella można z powodzeniem czytać zarówno jako anty-utopistę, jak i instruktażowo - jak sprawić by społeczeństwo rosło w siłę, a ludzie zbyt wiele się nie zastanawiali, bo to im tylko szkodzi.

Zdaję sobie sprawę, że tego typu zmiany potrzebują czasu, by znaleźć sobie miejsce w ogólnym mempleksie naszej kultury. Ale małymi kroczkami... Kiedyś ludzi śmieszył "lunch", a teraz jak ktoś idzie na obiad w stolicy, to tylko na lunch. Z drugiej strony zdarza się czasem, że nawet pozornie korzystne zmiany mogą wyjść komuś bokiem w dalszej perspektywie. Wszak niektórzy obwiniają chrześcijańskich misjonarzy za głód w Afryce, bo oduczyli tam ludzi kanibalizmu. A Bogusław Wolniewicz, prekursor Beara Grylsa, wybitny polski filozof, tłumacz Wittgensteina i obrońca ojca Rydzyka w jednym, zaproponował był kiedyś, żeby zamiast marnować cenne białko, puszkować trupy i wysyłać na Czarny Ląd albo do Azji. Irracjonalne?

Paul Feyerabend, filozoficzny Jerzy Owsiak, powiedział był kiedyś do naukowców - antything goes - róbta co chceta, ludzie, byle byście byli zadowoleni. Nie ważne czy jest to racjonalne czy nie, wszak historia pokazuje dobitnie, że to, co dzisiaj mądre jutro jest głupie i na odwrót. W życiu codziennym oczekujemy jednak istnienia pewnych standardów, które pozwolą nam odróżniać racjonalne od irracjonalnego, a ładne od brzydkiego itd. W chaosie ciężko dobrać nawet parę skarpetek, jak więc można wyobrazić w nim sobie jakiekolwiek życie? Gdy raz wypuścimy Krakena dowolności, może się okazać, że wyzbieranie do kupy tego co wiemy, z gruzów tego, co nam się wydaje, może być zadaniem tylko dla ninja.