sobota, 25 lipca 2015

I właśnie dlatego

– I właśnie dlatego, rozumiesz, Piotrek? Rozumiesz? 
– Słucham?
– Jezu... Z tobą to jak z małym dzieckiem. 
– Przepraszam, zamyśliłem się. Może pani powtórzyć? 
– Lepiej zamyślaj się nad tym, że jeśli nie będziesz... 
To będziesz w nie-będzie. Jak mnie nie będzie, to będę w urzędzie składał podanie o pranie i sranie. Boskie skaranie, zasługujesz na lanie za życia olanie, w nagrodę cię czeka przedmiotu oblanie, oj tak lalala, titiriti, u-ha! 
– Co ci tak wesoło? Jeszcze będziesz się śmiał baranim głosem. 
– Nie, to raczej taki nerwowy grymas. 
– Nie opieraj się o ławkę. Z tych ocen ma ci wypadać? 
– Chciałem jeszcze odpowiedzieć z historii... 
– Sama zadecyduje z czego cię będę pytać, chociaż nie wiem czy to coś da. Zobacz, jeden stopień, drugi stopień, trzeci stopień... Ze średniej to nie bardzo wynika. 

W klasie pociemniało. Nad szkołą zebrały się chmury burzowe. Deszcz jest tylko kwestią czasu. Dzieci biegają, dorośli chodzą, psy robią na trawnik. Narrator jest wszechwiedzący. Wie, jaki jest sens życia i co was czeka po śmierci. Jest mistrzem tej gry. 

– No, dobrze, powiedz mi... – Żeby to nie był angielski, tylko nie angielski... – Bo nie wiem czy wiecie, że generał Malinowski, który, notabene, był nekrofilem i odprawił stosunek seksualny z większością królów Polski... – Nie angielski, nie angielski, nie angielski! – Znał doskonale język angielski? – Koszmar na jawie! – What is your name, Peter? 
– Słucham? 
– English! Speak English, please! 
– My name... Have... Nie... Did, was, were... Ja wiem, pani profesor! 
– Idź stąd! Normalnie chorzy ludzie! Nie mamy o czym więcej rozmawiać! 

Kolory trochę zbladły. Jarzeniówki powodują łzawienie. Za plecami słychać jeszcze komentarze pierwszych ławek. Pocieszające kpiny. Czuję się skrzywdzony i jest mi żal. Wracam na swoje miejsce stawiając kroki i mrugając oczami. Jakiś wiersz cyniczny, albo maz demoniczny. Otwieram i kartkuję, szukam wolnych stron. 

– Co tam? – Cz. – No, co tam? – Gdzie?! Gdzie?! – Wczoraj byłem, zrobiłem, zjebało się, obczajasz? – Tik-tak, tik-tak, tik-tak – Obczajasz? 
– No, lipa, nie? 
– Hyyyy... Co tam? 
– Mój pies...
– Co z nim? 
– Zdechł. 
– Hyyyy... Tak? 
– Normalnie, wstał, ziewnął i zdechł. 
– Gram przez neta w gry. 
– W co teraz? 
– Teraz w to, bo w tamto już nie, ale może jeszcze będę. 
Chwila wyczekującego milczenia. Jeszcze jedna chwila, oj tak, oj tak, ciężka sprawa, itd. Czy mam gdzieś napisane, że potrzebuje towarzystwa, że jestem śmietniczką na śmieciowe zwroty, co słychać, jak leci, co powiesz, co tam, jak tam, gdzie tam... Podrapał się w szyję, wstał i odleciał. W przejściu między ławkami miną się z O., który mrucząc chodził i mlaskał. Mmmm, Cz., Hyyyy, O. 

Klasa jest jednolitą formą. Jednostki połączyły się w zbiory jak wymieszane kawałki plasteliny. Ciężko rozróżnić poszczególne kolory, gdy się obserwuje z odległości. Te same gatunki tworzą własne ekosystemy. Folwark zwierzęcy. Ogród zoologiczny. Sala podzielona na sektory. Z tyłu rośnie drzewo dla człowiekowatych. Stamtąd przylatują kokosy i banany odprowadzane salwami śmiechu. Środek to zagródki dla kóz i owiec. Zakolczykowane, z dzwoneczkami pod szyją skubią papier i gładzą sierść. Odgłosy wsi, zapachy laboratoriów. Pomiędzy przycupnęły rzadkie gatunki. Mamut o nienawistnym spojrzeniu, nietoperz wiszący obojętnie na opak, leniwiec, papuga, żaba i chomik. Z boku popiskują myszki i szczurki, a na grzędach gdaczą kury. Czuję się jak wysłannik programu przyrodniczego, chociaż wiem że i mnie można gdzieś zakwalifikować. Książę ciemności, demon zniszczenia, wysłannik piekieł, daj mi teraz marzyć daj... 

Czekam na dzwonek jak na zbawienie. Czasem modlę się o dzwonek, Panie Boże, spraw żeby dzwonek, będę lepszym człowiekiem i zacznę chodzić do kościoła, tylko spraw żeby dzwonek. I dzwonek dzwoni a ja zapominam o obietnicach pakując zeszyty i książki. Pierwszy wyskakuje na korytarz a tam tłum. Mieszany i zróżnicowany. Wielopłciowy i wielobarwny. I wnikam z impetem, byle szybko od ścisku, od wrzawy, od smrodu, wymijam, szturcham, uważaj!, o Jezu!, przepraszam!, i ściana i schody i w lewo i prosto, i noga i łokieć i głowa i ręka i ucho i szyja i plecy i dupa i dupa i dupa i sala - ławka - krzesło i siedzę... 

Siedzę i nie wiem czy siedzę tak jak należy, czy naturalnie, czy teatralnie. Przerwa trwa, ja się wiercę, garbię, opieram łokcie o blat, prostuję, noga na nogę, nogi wyprostowane, ręce skrzyżowane, a co ze wzrokiem? Jak mam witać wchodzących do klasy, przyjaźnie czy pogardliwie? Uśmiechać się czy wzgardzać? Miłość czy nienawiść? Zobojętnienie, złoty środek, po równo dla każdego. Więc czekam, a hałas przerwy ciągle dudni. 

Wchodzi Ł. Stoi przez chwilę wahając się, rozważając coś w sobie. 
– Koniec alienacji! – wesoło, przyjaźnie, przełamując lody pakuje się w moje towarzystwo, z pełnią życia, z garściami szczęścia, z brakiem podręcznika. 
– Masz książkę? 
Prezentuję bezgłośnie posiadany elementarz. Wypada powiedzieć jeszcze jakąś bzdurę, najlepiej śmieszną: 
– Wczoraj widziałem przedśmiertne drgawki potrąconej przez samochód staruszki. 
– Ssss, ssss, ssss...
– Zebrał się tłum gapiów...
– Ssss... I ktoś wrzucił między nich granat?! Ssss, Ssss...
– Nie, tylko się patrzyli... 

Siedzę przy oknie i obserwuję zachmurzone niebo. Zerwał się wiatr a oderwana gałąź przygniotła jakieś dziecko. Zagrzmiało i zaczął padać deszcz.

Sala się wypełnia uczniami. Najpierw wchodzą pojedynczo, w milczeniu, niektórzy skarżą, że burza, że zmokną, nie mają biletu, nie mają domu. Następnie grupa na obcasach, w landrynkach i pastelach, żując gumy w równym tempie, trochę nerwowo. Później nasi dzielni chłopcy zwycięscy w konfrontacji z matematykiem w toalecie, zjednoczeni, w oparach swojego ducha, z okrzykami i pieśnią na ustach zajmują bezpieczne pozycje na palmach i bananowcach. Na końcu wchodzą niewierząca, Jezu, można powiedzieć, że jestem poganką, ale szanuję papieża, papież jest fajny, oraz nadwierząca, która od nadmiaru roślin sama zamieniła się w drzewo i teraz swoją koroną zdziera farbę ze ścian. Szuranie krzesłami, szeleszczenie, chodzenie, wstawanie, siadanie, smarkanie, rozmawianie i dzwonek na lekcje. Robi się cicho i strasznie, ale na krótko, bo znowu szuranie, smarkanie, siorbanie... Zgrzyt w klamce... Napięcie... To pawian się spóźnił, więc ulga i krzyki, i śmiechy. 

– Zaczęła się już lekcja – nauczyciel, profesorka, nagła śmierć, zaniemówienie. 
– Co mamy na dzisiaj? Gdzie jest twój zeszyt? Że co? Pies ci na niego nasikał? Masz mądrego psa, w sumie mu się nie dziwię. 
Na razie nikt się nie uśmiecha, trwa wyczuwanie intencji. 
– A, dzisiaj bierzemy wierszyki. Poezja pana Rysia spod budki z piwem spisana przez panią Zdzisię z czwartego piętra. Kto tu umie czytać? Masz, czytaj, ale głośno.
Ktoś z końca szuka odpowiedniej strony albo dopiero pożycza od kogoś podręcznik. Czyta, a głos jego zachrypnięty, w rytmie lojalnego fana hip-hopu wydobywa się ze zniszczonego gardła. Za oknem błyska. Huk grzmotu niesie się echem nad miastem. Czerwona łuna świadczy o pożarze jakiegoś budynku. Ktoś wzywa pomocy. Zamykam okno, bo zrobiło się zimno. Słyszę nieśmiałe podziękowanie od zmarzniętej koleżanki z przodu. Nie słuchałem wiersza, dzisiaj nie będę aktywny. 
– O czym mówi podmiot liryczny? – pytanie rzucone w próżnię, deszcz stuka o parapet.
– Posłuchajcie, najebany idę przez ciemną ulicę, potykam się o krawężnik i wpierdalam się w śmietnik, co chce nam przekazać? 
– Że totalitarny system... Zniewolenie? 
– Tobie wszystko się kojarzy z komunizmem, Cz.? 
– To może, że życie jest pełne pułapek, rzuca nam kłody pod nogi, nie wiem... – Teraz ja próbuję swoich sił. 
– Czy aby na pewno? A tak naprawdę? 
– Forma... - W. trzeci raz z rzędu popisuje się znajomością jednego wyrazu. 
– Oj, chyba nie. Wpierdalam się w śmietnik, a później jest... Rzygam na swoje spodnie. 
– To jest infantylne? – teraz Ł., bardzo sprytnie, uniwersalnie. 
– Miałeś bardzo nieciekawe dzieciństwo Ł., skoro masz takie skojarzenia.

Atmosfera staje się coraz bardziej napięta. Deszcz nasilił bombardowanie na szyby i parapety, wiatr wyrywa drzewa z korzeniami. Na dworze rozległo się stłumione wycie syren. Nerwowe wyczekiwanie. Tylko deszcz i wiatr. Nagle trzask i gasną światła. Drgnąłem. Właściwie wszyscy podskoczyli w miejscu. 
– Uuu, ale ciemno... – szturcham Ł. On odpłaca się tym samym, może trochę za bardzo. 
– Kontynuujmy lekcję po ciemku. I tak niczego godnego zapisania jeszcze nie ustaliliśmy. E., a tobie jak się wydaje? 
– Ja naprawdę nie wiem, pani profesor... 
– Boję się ciemności! – J. jak zwykle zwraca na siebie uwagę w idiotyczny sposób. Tym razem nie ma jednak salwy śmiechu, ponieważ wszyscy czują się nieciekawie. E. bezceremonialnie: 
– Mogą cię zgwałcić! 
Na zewnątrz znów zagrzmiało. Nikt się nie odzywa, da się odczuć ogólne przygnębienie. Burza odcisnęła na nas swoje piętno. 
– Muszę wyjść. Wracam za pięć minut. Siedzieć cicho. 

Profesorka zamknęła za sobą drzwi. W pogrążonej w mroku klasie odeszła wszystkim ochota na rozmowy. Zaczęły przychodzić mi do głowy dziwne myśli. Myśli o końcu. Myśli o śmierci. Wydawało mi się, że jakiś cień posępnie sunie między ławkami. Niektórzy, wsłuchani w odgłosy burzy zaczęli zapadać w sen a może to tylko złudzenie. Poczułem się strasznie samotny. Kwiaty paproci na parapecie. Coś mi szeptało do ucha, że to już ostatni dzień, ostatnia chwila straconego czasu, że już nie będę miał drugiej szansy. Wewnętrzny głos jęczał w spazmach żalu. Domagał się, błagał abym zebrał się na odwagę, abym przyznał się do samego siebie i wyznał wszystko zanim zachłysnę się łzami... 

Tymczasem burza rozszalała się na dobre. Rozbłyski gromów rozświetlały kopułę gęsto zachmurzonego nieba. Gdyby ktoś teraz spojrzał w górę ujrzałby wszechogarniające oblicze Stwórcy, który przypomniał sobie o swoim Dziele i postanowił dokonać inspekcji. Pozostawieni samym sobie nie spodziewaliśmy się, że Sąd dokona się właśnie dzisiaj. Podczas gdy pogrążeni byliśmy w swoich smutnych refleksjach, przedzierając się przez rozmiękczoną ziemię umarli zaczęli powstawać z grobów... 

– Ciężka masa, co? – orangutan zaszczycił mnie swoim współczuciem pełnym empatycznego patosu – Żyj trochę. 
– Burza... – zabulgotałem – zbiera krwawe żniwo. 
Magiczny nastrój wytworzony w klasie zaczął rozpadać się na kawałki. Granatowa płachta ciszy i ciemności, jednocząca nas, wiążąca we wspólnej apatii, rozdarła się w atmosferze szeptów. Ze smutkiem obserwowałem jak niesamowitość wywołana przez deszcz i wiatr na zewnątrz okazuje się tylko złudzeniem. Zniekształceni, zdeformowani w mrocznej klasie poszczególni uczniowie, jeden po drugim, zaczęli wynurzać znad ławek swe głowy. 
– Film ci się zjebał, Piotrek, o czym ty mówisz? 
– Mówię, że, uaach... – przeciągłe ziewnięcie świadczące o zmęczeniu, usprawiedliwiające popełnioną gafę, uspokajające rozmówcę, normalizujące dziwność sytuacji.
– Ale pogoda... 
– No, bez kitu... – nadął policzki i profilaktycznie odskoczył saltem do tyłu wyczuwając instynktownie odmienność, z którą zbyt długi kontakt zagroziłby jego pozycji w stadzie. Odprowadzałem go wzrokiem dopóki nie wsiąknął w szarą masę swojego społeczeństwa. 

Niewolnicy narzuconego sobie stylu. Walczą z systemem ograniczającym ich wolność tworząc jeszcze bardziej surowe zasady. Nowe religie. Nowy folklor. Każda grupa ma własna tradycję, mundury, pieśni i hymny czczące zmarłych idoli, oraz rygorystyczne kodeksy honorowe. Wyznawcy kroczący tą samą drogą, zbici w ciasną gromadę zaczynają powoli zlewać się w jedną całość. Zakapturzone postacie w obwisłych strojach łączą się w jeden organizm asymilując przy okazji otaczającą ich materię, chodnik, ławki i barierki wraz z żywopłotem. Po drugiej stronie ulicy równie bezpłodna masa, czarny glut złożony z naszywek i łańcuchów bezskutecznie gwałci śmietnik. Przemykam cicho, główny bohater, obserwując te ciekawe zjawiska, atomy tworzące pierwiastki, kultury bakterii tworzące pleśń. Zastanawiam się, czy gdy po skończonej kopulacji taki pulsujący twór zacznie odrzucać zrośnięte wcześniej ciała i dzielić pomiędzy nie zjednoczoną przedtem świadomość, każda powłoka odzyskuje własną osobowość, czy jest to całkowicie przypadkowe. Uśmiecham się mimowolnie na myśl, że poszczególne jednostki, nie rozróżniając siebie od innych, po zakończeniu bezowocnej orgii obdarzone nowym ciałem wracają do nowych domów i nowych rodzin. 

W szkole nie ma prądu. Gęste chmury całkowicie pozbawiły świat widziany przez okno dostępu do słonecznych promieni. W sali jest ciemno i zimno. Gwar rozmów tłumi odgłosy z zewnątrz. Tylko błyski gromów coraz częściej rozświetlają nasze twarze. 

Gwar rozmów. Jak oddać dokładne brzmienie gwaru? Hałas. Wszyscy coś mówią, ale nikt nie hałasuje dla hałasu. Pojedyncze wypowiedzi składają się na bełkot, uporządkowane wiązki logicznych zdań puszczane ze wszystkich stron tworzą gwar. Pulsujący, wzbierający, zapadający się w sobie i rozrastający się pomiędzy ścianami klasy. Bijące serce. Szum płynącej krwi w tętnicach. Organizm żyjący na szkielecie sali lekcyjnej. Może jednak sala to nie szkielet, ale rodzaj pułapki. Akwarium. Szklany klosz z umiejscowionym wewnątrz żyjącym mózgiem. Pozwijana kora nie składa się jednak na całość, nie współpracuje ze sobą nawzajem, każda komórka zajęta swoimi sprawami przyczynia się do kruchości tego bytu. Niewielka ingerencja z zewnątrz, sygnał wysłany ze świata po drugiej stronie klamki powoduje panikę. Niema panika. Rozpaczliwa implozja. Zapaść zagłuszająca wszelkie dźwięki. Pogrzebany żywcem, któremu kończy się powietrze. Poganiana i podsycana śmierć gwaru, desperacko wpędzana w jej minutę rozkładu. Wystarczy tylko zgrzyt zardzewiałych zawiasów w drzwiach sali lekcyjnej. Zgrzyt. 

W klasie zrobiło się cicho. Ktoś jeszcze kaszlnął. Jego kaszel zaraził kaszlem pozostałych. Kaszel, kaszlnięcie, odkaszlnięcie, koncert kaszlu, kaszlowy chór, orkiestra strojąca swoje struny głosowe. Kaszlowy teatr, dramaty, opery i operetki gruźliczych odchrząkiwań. Po chwili przedstawienie skończone. Tylko burza niszczy świat na zewnątrz.

Do klasy wpełzły dwa cienie. Słudzy szatana pragnący przedstawić nam swoją ofertę na najbliższe wakacje. Najbliższe wakacje będą wyjątkowe, nigdy się nie skończą. 
– Kaszelek dusi? – Profesorka. Trwoga zasiana w naszych sercach rozprysła się porażona promieniem nadziei. Chociaż, może nie całkiem rozprysła, zaczaiła się raczej, wyczekując na dogodniejszą okazję. 
– W szkole nie ma ani jednej latarki, Cz., ty jesteś sprytny, znajdź w tej szafce świece, powinny tam być. 
– A ma pani ogień? – bezczelny, ale zbyt sympatyczny żeby się na niego obrazić, Cz. wyskoczył z ławki, zakręcił się w powietrzu jak podniebna baletnica i płynnym ruchem wylądował przed nauczycielką. 
– Cz. to nałogowy palacz, niech się teraz nie wykręca, wypala szluga jednego za drugim! - Drugim cieniem okazał się nasz ulubiony szkolny ksiądz.
– Niech Bóg ma w opiece twoje płuca! 
– Hyyy, hyyy, hyyy! 

Cz. zapalił świece. Czerwony blask obudził cienie. Te cienie to duchy. Indiańscy wojownicy tańczący na ścianach klasy wokół świecowego ogniska. To taniec śmierci. Jestem tego pewny. 

– Posłuchajcie! – za oknem ryknął piorun rozświetlając twarz księdza elektrycznym blaskiem.
– Ale efekt z tym piorunem, he, he... – zaśmiał się pośrednik między Bogiem a ludźmi – zupełnie jak w filmie. 
– Posłuchajcie księdza, ma wam coś do ogłoszenia. 
– Posłuchajcie, dzisiaj jest dzień, a ten dzień jest tym dniem, to ten dzień, tak, jesteśmy tego pewni, jesteśmy pewni co do tego dnia dzisiejszego. 
– Skąd ta pewność? – poczułem nagły przypływ pewności siebie, chyba dlatego że jest tak ciemno. 
– Proszę księdza, wyglądam przez okno i widzę, widzę burze... Ten deszcz i pioruny, i w ogóle, nie wiem, ale wydaje mi się, wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale mam takie dziwne przeczucie, że ta burza... Ta burza to... 
– Piotrusiu, nie denerwuj się. – Profesorka, jak to miło z jej strony, ze dodaje mi otuchy. Nie powiem, że ta burza to koniec świata, nie powiem, to zabrzmi głupio, zrobię z siebie durnia, nie teraz, nie przy niej, tylko nie koniec świata, coś innego... 
– To coś... Złego – tajemniczo, tak, użyłem całej swojej inteligencji. 
– Oj, to nic złego, a przynajmniej większość z was nie ma się czego bać, ci którzy chodzili do kościoła mogą odetchnąć z ulgą. To koniec świata moi drodzy. Apokalipsa. Dzień Sądu Ostatecznego. Dzisiaj jesteśmy świadkami powtórnego przyjścia Jezusa! 

Tak, to zdecydowanie coś większego niż rok dwutysięczny, to przebija wszystko co było do tej pory. 

– Proszę księdza? – Profesorka – Jak powinniśmy się na to przygotować? 
– Czy to będzie bolało? – J., sam nie wiem, śmiać się czy płakać – Ja rzadko chodziłam do kościoła. 
– Będziesz się smażyła w piekle! – Ktoś z końca sali, J. zalała się łzami. 
– Dzieci, dla mnie też to jest nowość, zachowujmy się naturalnie, tak będzie najlepiej, tak mi się wydaje... – Ksiądz ma pewnie i tak zbawienie wpisane w kontrakt, wątpię aby się przejmował, pewnie nie może się już doczekać. 
– Wiecie co? Przemyślcie sobie wasze życie, posiedźcie sobie w ławkach a później zejdźcie sobie na dół, przed szkołę. Tam będą wszyscy. 
– Popatrzcie na to z innej strony... – wtrąciła pani profesor, nasza pocieszycielka – przynajmniej nie musicie już stresować się maturą. 
– Teraz bądźmy poważni. Ten dzień jest zaiste wspaniały, bądźmy więc poważni. 
– Ksiądz ma racje. Bądźmy poważni. 

Poważnie wygląda się w trumnie. 

Nie mam pojęcia jak mógłbym przemyśleć swoje życie. Urodziłem się i już, teraz siedzę w szkole i czekam na koniec świata. Wypada posiedzieć w milczeniu i bezruchu, skoro wszyscy milczą i nikt się nie rusza. Wyglądam przez okno. Za oknem świat i burza z deszczem i piorunami. Przed szkołą osiedle mieszkaniowe czteropiętrowych bloków. Ulice i chodniki zalane. Ludzie. Na zewnątrz wyszła większość mieszkańców osiedla. Tłum moknie w strugach lejącej się z nieba wody, rodziny i znajomi stoją z głowami podniesionymi w górę, w milczeniu obserwując oblicze Stwórcy. Nikogo nie dziwią ożywieni zmarli przechadzający się pomiędzy nimi. Tak. Tylko zmarli się poruszają. Mam wrażenie, że moja świadomość opuszcza moje ciało. Przenikam przez szybą w oknie i przelatuje ponad głowami ludzi zgromadzonych w dole. Tysiące nieruchomych posągów ze wzrokiem utkwionym w przeznaczeniu. Tysiące gnijących ciał szukających swojej poczekalni. Nie mogę się zatrzymać, mknę przez deszcz nie moknąc, przenikam przez drzewa i budynki jak przez hologramy rzeczywistości. Widzę wszystko i wszystkich. Wciąż nabieram prędkości a wraz z nią przybywa mi informacji. Informacje rodzą się w mojej głowie jak pączkujące winogrona, rzeczy, o których nie miałem do tej pory pojęcia stają się oczywiste jak wiedza, którą nosiłem w sobie od zawsze, od urodzenia, od początku istnienia wszechświata. Nie jestem w stanie nasycić się nią i wiem, że nieskończone spełnienie odnajdę tylko w tym, co nie ma końca. W moim sercu rodzą się wątpliwości. 

Kim jestem? Co ja tutaj robię? 

– Co robisz? – Ł. wyrwał mnie z zamyślenia, sprowadził na ziemię. 
– Nic, zapatrzyłem się w burzę. 
– Schodzimy na dół, do wszystkich? 
– Nie wiem. A co o tym w ogóle myślisz, ten koniec świata i te sprawy? 
– Mam to gdzieś. 
– Idź, ja chciałem jeszcze coś załatwić.
– W porządku, rozumiem. 
– Na razie. 
– Cześć. 

Jest mi smutno. Rozglądam się po klasie oświetlonej drgającym płomieniem świecy i widzę, że nie jestem osamotniony w tych refleksjach. Wszystkim jest smutno. 
Albo teraz, albo nigdy.

– W. ? – drgnęła, chyba ją przestraszyłem. 
– Tak? 
– Nie jesteś prawdziwa. 
– Co? 
– Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. Byłem przy tobie niewolnikiem ciszy. 
– Masz naturę psychopaty. 
– Dlaczego tak myślisz? 
– Nieważne. 
– Rozmawiałaś z innymi 
– Jezu, nie podsłuchuj. 
– Wymyśliłem sobie ciebie. 
– Co? 
– Jesteś tylko cieniem tej W. , którą mam w głowie, przepraszam, to nie twoja wina. Na razie. 
– No hej. 

Jest mi teraz wszystko jedno. Wychodzę przed szkołę gdzie wchłania mnie tłum. Stoję w deszczu i poszukuje wzrokiem znajomych twarzy. Ciężko wypatrzeć jakąkolwiek, ponieważ wszystkie twarze zwrócone są do nieba. Zabawne, ale bez używania wzroku i tak wiem kto jest kim. I widzę też więcej. Jednak nie wszyscy mieszkańcy osiedla wyszli na ulice. Chociaż nie ma prądu, wiele osób postanowiło pozostać w swoich mrocznych mieszkaniach. Najczęściej są to rodziny z małymi dziećmi. Wtuleni w siebie wpatrują się w telewizory. Telewizory działają mimo braku zasilania a obraz, jaki tam się wyświetla, całkowicie absorbuje uwagę oglądaczy. I ten głos płynący z głośników. Monotonny, ale urzekający, głęboki i hipnotyzujący słuchających. Ten głos należy do innego świata, świata odległego o miliony lat świetlnych a mimo to jakże znajomego i codziennego. Anielską barwą przekazuje tylko jedną ostateczną prawdę, jedyną ważną informacje dla żyjących przed końcem świata. A właściwie tylko przypomina to, o czym nigdy nie chcieliśmy pamiętać:
– Prochem jesteś i w proch się obrócisz, prochem jesteś i w proch się obrócisz... 
– Nie chcę umierać, mamusiu. Nie chcę, żebyśmy musieli umrzeć... 
– Takie jest życie, skarbie. Życie nie jest sprawiedliwe, ale śmierć tak... 
Promieniowanie telewizora wysuszyło powietrze w mieszkaniach. Pożółkłe tapety odklejały się od ścian pokrywając poskręcanymi kaskadami zgniłe ze starości meble. Wtuleni w siebie, zgromadzeni przed odbiornikami, rodziny i przyjaciele, którzy postanowili spędzić ten wyjątkowy dzień przed ekranem telewizora, zamarli i znieruchomieli, bezbronni i posłuszni. Wyschnięte mumie zastygłe w kurczowym uścisku miłości i strachu uwolniły swe dusze w chwili, gdy ich cielesne grobowce rozsypały się pokrywając złotym puchem puste mieszkania. 

Pioruny umilkły. Z nieba leci jednostajny strumień wody. Przemokłem do suchej nitki. Ocierający się o mnie zmarli, spacerujący bez celu pomiędzy żyjącymi, napawają mnie obrzydzeniem. Gdy któryś dotknie mnie swoim zgniłym ciałem chce mi się rzygać. Nic na to nie poradzę. To naturalny ludzki odruch. 

W tłumie nastąpiło poruszenie. Szept zachwytu i zrozumienie. 

Chmury rozstąpiły się odsłaniając Jasność. Jasność była Jedna. Jasność była Dobra. Jasność była Prawdą. Jasność promieniowała czerpiąc siłę z samej siebie. Jasność była pierwsza i była nieskończona. Była zawsze. To Ona nadała początek. To z Niej wypływa czas. 

Ten widok zachwycił i mnie. Stałbym tak wiecznie, wpatrzony w to cudowne zjawisko, gdyby nie inny obraz, który zmroził moje serce. Spomiędzy rozstąpionych chmur, z tego niebiańskiego otworu lśniącego boskim światłem, z promieni twórczej jedni wyłoniły się istoty. Wyłonili się nadzorcy, mający na celu doprowadzenie tej imprezy do wielkiego finału. 

To, co doskonałe, wpatrzone jest tylko w to, co nie zakłóca jego doskonałości. Idealne Światło świeci dla własnej chwały. Myślące samo siebie Jedno, wpatrzone samo w siebie, zasilające się własną nieskończonością, zachłyśnięte swym pięknem nie kieruje spojrzenia na efekty samolubnej miłości. Przeznaczenia pilnują najbliższe mu dzieci, stworzone, tak jak wszystko później, z samego faktu istnienia Doskonałości, a których istnienie nie ma dlań znaczenia. Urodzeni z wiedzą, znają przyczynę i swe zadanie. I są bardzo sumienni. 

To Aniołowie Apokalipsy. Przynajmniej tak mi się wydaje. 

Ku ziemi zbliżali się giganci dzierżąc w swych olbrzymich dłoniach ogniste miecze. Ludzie, licznie zgromadzeni na osiedlowym placu, odwrócili wzrok od światła. Ogarnęło ich przerażenie. W tym samym momencie, milczący do tej pory zmarli przemówili jednocześnie głosem przyprawiającym o szaleństwo, powtarzając kolejną oczywistą prawdę, z której ponurym paradoksem ciężko się nie zgodzić: 
– Trzeba umrzeć, żeby móc żyć wiecznie... – skrzek, piskliwy i charczący, wzmocniony liczebnością martwego chóru, docierał do wszystkich. 

Zmarli rzucili się żywym do gardeł. Rozproszonym w panice ludziom odechciało się być zbawionym, takie można było odnieść wrażenie. Tymczasem niebiańskie istoty wylądowały na ziemi, bez skrupułów niszcząc i zabijając wszystko w swoim zasięgu. Krzyki umierających i ogłuszające huki walących się budynków wypełniły powietrze. Stałem osłupiały, w zdziwieniu obserwując te wydarzenia. Ziemia nasiąkła krwią. Mężczyźni i kobiety padali martwi na purpurowe ulice zaplątani we własne wnętrzności. Porozrywane ciała, niemożliwe do zidentyfikowania, spadały z nieba za każdym razem, gdy któryś z Aniołów przeorał ziemię swym magicznym ostrzem. Deszcz zmasakrowanych zwłok przyprawiający o utratę zmysłów, stosy ludzki szczątków wymieszane ze zwierzęcymi, konający i bezradni desperacko pragnący nacieszyć się ostatnimi minutami ziemskiego życia, pozbawieni nadziei na wieczną szczęśliwość. Kto by pomyślał, że to wszystko dla ich dobra? 

Wypatrzyłem księdza. Krzyczał do ludzi, żeby się uspokoili, próbował namówić do wspólnej modlitwy. Podszedłem do niego. 
– Proszę księdza, czy to tak miało być? Czy wszystko idzie zgodnie z planem? 
– Piotrek, zawsze byłeś bystrym uczniem... Ludzie, błagam was o wytrwałość, na miłość boską! 
– Proszę księdza, czy tego się ksiądz spodziewał? 
– Oj, trudno powiedzieć... Proszę, dajcie się uśmiercić! Czym jest życie ziemskie w porównaniu z nieskończoną szczęśliwością w niebie! Piotrek... 
– Słucham. 
– Wszystko można różnie interpretować, bądź odważny, wszystko będzie dobrze! 
– Ale... 
– Wszystko będzie dobrze, to cud, cud! Cieszmy się zamiast smucić, to jest ten dzień, to jest ten dzień! 

Wybiegł przed siebie krzycząc w euforii, wiatr rozwiał mu sutannę, która uformowała się w kształt olbrzymich skrzydeł kruka. Krzyczał, dopóki i jego nie dopadło przeznaczenie, rozdeptując go jak robaka anielską stopą gigantycznego niszczyciela. 

Zostałem sam. Jestem ignorowany. Moi przyjaciele zostali rozszarpani na strzępy. Resztki mojej miłości zwisają z drzewa. Martwi nie zwracają na mnie uwagi. Wysłannicy Światła mnie nie dostrzegają. Stoję zanurzony po kostki we krwi i ludzkim mięsie. Próbuję zrozumieć. 

– Jesteś szatanem i właśnie dlatego to wszystko, i właśnie dlatego, rozumiesz, Piotrek? Rozumiesz?
Oślepiony jasnością klasowych jarzeniówek przed jednym. 
– Słucham? 
– Jezu... Z tobą to jak z małym dzieckiem. 
– Przepraszam, zamyśliłem się. Może pani powtórzyć?
 

niedziela, 17 maja 2015

Co ci bogowie

Próbowałem (jak my wszyscy). Naprawdę się starałem i słowo daję, niełatwo zaprowadzić pokój na świecie. Kiedyś wydawało mi się, że jeszcze trudniej włożyć dwa buty na jedną stopę, ale X dał radę. X zawsze sobie ze wszystkim świetnie radził i jestem przekonany, że gdyby tylko zechciał, zaprowadziłby też pokój na świecie. X miał silną wolę, dobre pomysły i nie bał się niekonsekwencji. Co go powstrzymało? Gdyby go zapytać, powiedziałby pewnie, że winny jest arsenał nuklearny Xenu, ale ja wiem lepiej. Wszystko przez filozofię religii. I, oczywiście, logikę. 
– Wiesz, że istnieje książka, która na pięciuset stronach opisuje, co się działo przez pierwsze trzy minuty od powstania wszechświata? – powiedział mi kiedyś, gdy stało się jasne, że nikt już o nim nie pamięta. Bogowie bez wyznawców interesują się nauką, ale robi się z nimi naprawdę źle, gdy sięgają po filozofię. To im szkodzi na głowę. Zaczynają do wszystkiego podchodzić zbyt esencjalnie. Z pewnych idei trudno się później wycofać, a inne są nieodwracalne. Ludziom ciężko to zrozumieć. Z naszej perspektywy mógłbyś jako muzułmanin wysyłać chrześcijan do piekła i mieć przy tym tyle samo racji, co katolik, który spogląda z politowaniem na wyznawców Kryszny, którzy w całej swojej obfitości słusznie zamykają się w kręgu karmana. Logika nie pomaga tego zrozumieć. Umysł staje się zbyt schematyczny. 
– Godna podziwu szczegółowość, ale co to ma do rzeczy? – zapytałem, chociaż wiedziałem, o co mu chodzi. Sam po cichu przyznawałem rację naturalistom, gdy wypinali się na filozofię religii wskazując kunszt modeli fizykalnych. Tu drobiazgowo wypracowane struktury, a tam garść luźno powiązanych metafor – z czym do ludzi? Zresztą, większość znanych mi bóstw przyznawała się do sympatyzowania z ateizmem – i co w tym dziwnego? Przynajmniej można się było dowiedzieć czegoś o świecie, podczas gdy teologia po omacku dotykała spraw, które dla nas były oczywiste.
– Wiesz, ile zdań potrzeba, żeby opisać koncepcję creatio ex nihilo? – nie ustępował X. – Spokojnie zmieściłbym ją w jednym. 
– Resentymenty… – próbowałem odwrócić jego uwagę od utożsamiania absolutu z kamienieniem w klepsydrze. – Był już taki, co chciał zawrzeć wszystko w jednym zdaniu, ale oszalał i umarł.
Ale X nie słuchał. Wyciągał wnioski, które zaczynały wisieć na nim jak kamienie młyńskie, zmuszając go do konsekwencji. To był przykry widok.
– Jeśli ten jeden i prawdziwy Bóg jest wszechmocny i dobry, to zło nie istnieje i wszystko jest dobre, komary są dobre, katar jest dobry, skleroza... 
– X, jeden i prawdziwy? Co ty mówisz, skąd ty to bierzesz?
Wiem, że nie zaprowadzę pokoju na świecie, ale są inni, lepsi. Nie ma jednak smutniejszego widoku niż bóg spętany sylogizmem. 
– Skąd to biorę? Bo jest tak albo nie, tak albo nie! – krzyczał z bezpłodną pasją eunucha. 
Nie zdradzę, jak naprawdę miał na imię X. Nie chcę go męczyć fałszywą nadzieją, a na niektóre rzeczy należy zasłużyć. Jednak gdy pamięć o tobie ginie gdzieś na obcym kontynencie w wiekach ciemnych, to masz czas przywyknąć do podróżowania autostopem. Czasem ubierzesz choinkę lub zatańczysz boogie-woogie wokół Stonehenge, ale hej, przecież wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną. Kiedyś w barze po kilku głębszych X opowiedział mi jak na chwilę przed wybrykami Lutra wydawało mu się, że ktoś się do niego zwraca z prośbą o spokojny sen. Tego typu przysługi wymagają sporo pracy, więc większość to zlewa, ale X od tak dawna nie miał zajęcia, że postanowił spróbować. Włożył dwa buty na jedną stopę i ruszył w kierunku modlitwy pełen dobrych intencji. W zabitej dechami wiosce rzuciły się na niego dzikie psy. Uciekł na drzewo, ale na gałęziach było jeszcze więcej dzikich psów. Od tamtego czasu zrobił się strasznie marudny. 
– Bogowie stoją na rozdrożu – powiedział mi pewnego dnia, parafrazując klasyka. – Jedna droga prowadzi w rozpacz i beznadzieję, a druga w całkowite unicestwienie. Niech ktoś natchnie ludzi mądrością właściwego wyboru, bo mnie już i tak nikt nie chce słuchać. I chyba mam to w dupie.
Tak to właśnie z nim było. Spotykaliśmy się raz w tygodniu w grupie wsparcia dla sfrustrowanych obiektów wymarłych kultów, a raz do roku, podczas strasznie napuszonych imprez, z daleka podziwialiśmy aktualne gwiazdy – Jezusa, Allaha i sami wiecie kogo; znosiliśmy wtedy utyskiwania stetryczałych proroków – Buddy, Zaratustry, Rona Hubbarda i Elvisa – współczuliśmy zapomnianym i kpiliśmy życzliwie z nowych religijnych fanaberii, szczególnie tych krótkich, intensywnych i technologicznych. Trzymaliśmy się razem. Dla nas było jasne, że każdy trafia do nieba, które sam sobie wybrał i stworzył. 
Na ostatnim spotkaniu dla zapomnianych i nieważnych X usiadł w ostatnim rzędzie i nawet mu warga nie drgnęła, gdy Loki zapytał zebranych: 
– Czekamy na Jezusa? 
Od pewnego czasu ten żart śmieszył nas coraz bardziej. Rozejrzałem się po sali. Żółte tapety odchodziły ze ścian razem z tynkiem, a migające świetlówki rzucały trupioblade światło na zmęczone twarze Dagdy, Igwe i Thora. W pierwszym rzędzie rozsiadł się ten wzorzysty świr, Ometeotl, otoczony synami, tą bandą nienasyconych psychopatów, na których imionach można sobie połamać język. Szemrali coś do siebie melodyjnie, ale kto by się przejmował bóstwami, które tak spektakularnie wykończyły swoją cywilizację.
– Wiem, o czym myślisz – szepnął mi do ucha Wakan Tanka i parsknął jak bizon. – Ale przynajmniej zaprowadzili pokój.
Grecy jak zwykle nas olali. Przysłali mechaniczną sowę – fruwała pod sufitem zgrzytając głośno nakręcanym mechanizmem, przypominając wszystkim wokół jak wiele się zmieniło. Dzeus i reszta uparcie utrzymywali, że kino jest nową formą kultu i teraz, z każdą kolejną olimpijską ekranizacją, coraz bardziej zadzierali nosa. Zgraja nudnych snobów w starych prześcieradłach. 
– Hej, X, a może byśmy tak zaprowadzili pokój na świecie? – zagadałem, widząc jego skwaszoną minę. Przeciskałem się w jego stroną, hałaśliwie rozsuwając stare, drewniane krzesła. Musiałem przy tym wyminąć zwalistą sylwetkę Oguna, a słowo daję, przerażają mnie te krwawe afrykańskie typki, tym bardziej, że są tam u siebie wciąż zaskakująco popularni. Nie mam pojęcia, po co tu przyłażą – karmią się naszą depresją? Prowadzą rekrutację? 
– Nie upieram się, żeby wszędzie zaprowadzić pokój, ale chociaż w jednym miejscu? – kontynuowałem, gdy udało mi się usiąść obok niego. – Musimy mieć jakieś zajęcie. Może spróbujemy na Marsie? To powinna być łatwizna.
– Jasne, powodzenia, ale ja odpadam... – X też czuł się nieswojo w towarzystwie gości od haitańskiego Voodoo. – I tak jestem zbyt lokalny.
– Ojej, żartuję przecież, ale wiesz, co się dzieje z bogiem, który przestaje być potrzebny... Brak wyznawców to jego najmniejszy problem. Traci poczucie humoru i zaczyna brać się za filozofię. A potem strzela sobie w łeb. 
– Zastawiłem swoją spluwę w lombardzie, więc możesz spać spokojnie. Poza tym strzał w łeb raczej przysparza wyznawców i to dość fanatycznych... Podobnie jak przybicie się do krzyża.
– Ejże, daj spokój. A nie myślałeś, żeby się przekwalifikować? Zainwestować w technologie informatyczne na przykład? Izydor organizuje ciekawe kursy. To ponoć przyszłościowe.
 X zirytowany machnął ręką. Zawsze, gdy tak robił, z jego dłoni wyrastała tęcza. To było ładne.
– Nie będę się objawiał w Internecie. To żałosne.
– Co jakoś nie przeszkadzało Moroniemu, żeby…
– O tym mówię. 
Zostawiłem go w spokoju. Więcej już nie przyszedł. Jakiś czas później dowiedziałem się od Dionizosa, że podczas budowy metra w Meksyku natknięto się na figurki z jego podobizną. To była mała sensacja. Nagle ludzie sobie o nim przypomnieli. Wygrzebano z ziemi popękane tablice z fragmentami doktryny i całkiem nieźle zachowany ołtarz. Opublikowano kilka ciekawych artykułów. Pojawił się na koszulkach – wszystkie się sprzedały. Słyszałem, że przybił piątkę z Konfucjuszem, ale myślę, że to akurat ściema. Ponoć można go czasem spotkać na Olimpie, gdzie beznadziejnie zarywa do Afrodyty. Nie z każdym chce się witać. Ze mną nie chciał. Trochę mnie to ucieszyło. Jeszcze jest dla niego nadzieja.

niedziela, 3 maja 2015

Brzydkie słowa dotykają życia

Zabawne. Lub nie, hej, przecież to nigdy nie jest obiektywne. Facet. Znacie ten typ (znacie lub nie znacie) – przeżył wojnę czy inne ludobójstwo, napatrzył się na zło tego świata i teraz snuje się bez celu w tę i z powrotem, a wiatr szarpie jego płaszczem utkanym z traumy, depresji, cokolwiek. I kiedy myślisz już, że nic bardziej cię nie wkurzy, jakaś wariatka jeszcze, prosto do ucha: 
– Weź podejdź do niego. 
– Co?
– Podejdź i zagadaj.
– Daj spokój.
– No idź. 
No i poszedłem. Może gdybym nie dawał sobą manipulować i nie był taki ciekawski, a skoro daję i jestem, to ech. No i powlokłem się bez sensu wgapiając w to posępne i bezcelowe snucie przede mną, w te rozwiane poły płaszcza (jak skrzydła kruka), w te rozwichrzone włosy (niczym pióra) i to obłąkane spojrzenie (też dosyć ptasie). 
– Hej – zawołałem. – Jak leci? 
Zatrzymał się, gdy podszedłem ciągnąc za sobą czyste niebo jak latawiec, z ciepłym światłem nad zielenią Dongmakgol i ciszą przesiąkniętą bzem, jaśminem czy co tam kwitnie o tej porze roku. U niego zaś – z każdym krokiem coraz większy – skruszony beton hotelu Ryugyong i samotny wiatr z pustych pokoi, który szarpał go wściekle za płaszcz i włosy, podczas gdy jego oczy płoną, chmury krzyczą, zimno, strach, łzy giną w deszczu. 
Ale dziwne – pomyślałem. 
– Ale dziwne – powiedziałem, a ten nic. Odwróciłem się do wariatki; uśmiechnięta pomachała do mnie wachlarzem i wystawiła kciuk w górę – jeden kciuk, drugi, trzeci (?) – pokazała też kolano i wydaje mi się, o Boże, że pokazała kawałek śledziony. No wariatka, ale przyjąłem ten gest ze zrozumieniem.
– Dziwne – powtórzyłem. – Ale chyba się powtarzam – dodałem jeszcze. – Chyba się powtarzam? – powtórzyłem erotetycznie (ho-ho!). – Na bank się powtarzam. 
– Nie przejmuj się – tamten, wreszcie, przekrzykując huragan. I za chwilę: – Albo nie, przejmuj. 
– To jak w końcu. 
– Przejmuj się albo nie przejmuj, co mnie to...
– Ejże! 
– Przejmuj się! – huknął nagle, ożywiony, wymachując rękami jak jakiś demoniczny kurczak. – Nie przejmuj się! Przejmuj, nie przejmuj, przejmuj, ko-ko-ko!
To ostatnie mogło mi się przesłyszeć, ale i tak byłem wstrząśnięty, no naprawdę się przejąłem, i gdy zdałem sobie sprawę, że wieczorem z nerwów pewnie znów nie zasnę, ten na nowo zaczął kręcić. 
– Ale tak serio, to może jednak się nie przejmuj – powiedział łagodnie i cicho, gdyż wiatr jakby zelżał. – Bo tak zupełnie, zupełnie już poważnie, to przecież to nieważne.
– A co jest ważne? – zapytałem nieśmiało, bo może w końcu się czegoś dowiem, wszak wojna i ludobójstwo, szkoła życia.
– Ważne... – uśmiechnął się pod nosem i coś tak czułem, że zaraz zacznie ściemniać. – Ważne, żeby nie być banalnym erudytą, o, to jest ważne, pod tym bym się podpisał.
– Ha, tylko jak tego uniknąć?
Wzruszył ramionami, odwrócił się na pięcie i zaczął się rozpędzać w odejściu (powrocie) do swojej małej palingenezy (nieźle, co?).
– Quo vadis? – zawołałem, ale nic nie odpowiedział. Patrzyłem za nim, dopóki nie rozpłynął się we mgle jak, nie wiem, jak jakiś rozmgielniacz. Jest coś takiego jak rozmgielniacz w ogóle? Pewnie nie. Po chwili dopadła mnie tamta, nienormalna. 
– Jak było? – zapytała wariacko. – Fajny, co?
– Ty chyba nie jesteś zbyt normalna. 
– Ha! – zaśmiała się. – Spójrz – pokazała na coś palcem. – Nad tobą czyste niebo a u niego wiatr i deszcz psują mu fryzurę, u ciebie zieloność, a on powtarza historię. Co ty na to?
– Nie znam się na tym, w ogóle na niczym prawie, ale wojna, ludobójstwo czy co tam, to chyba jednak zmienia ludzi, więc no. – I żeby było jasne, że nie jest mi obcy ciężar istnienia:
– Więc no.
– E tam – ona. – Znam go od dawna i on zawsze był taki-taki, ten deszcz i duchy...
– Duchy? 
– No. 
To dało mi do myślenia. Dało do myślenia. Dało. Hej, dawanie do myślenia! A, no i jeszcze to.
– Wiesz może, czy jest coś takiego jak rozmgielniacz? To takie coś, co się rozpływa we mgle zwłaszcza w tajemniczych okolicznościach.
Słowo daję, nic tak nie zbija z pantałyku, jak wariat, który patrzy na ciebie jak, no cóż, jak na wariata, a gdy ty sam do końca nie wiesz czy jesteś, no wiecie, i ta natrętna myśl, że może to nie ona, on, ale ja, może to ja jednak... Ale zabiłem jej ćwieka, bo rozkminiała to dosyć długo.
– Nie, chyba nie – powiedziała w końcu, ale czego mogłem się spodziewać po mudang.
– No właśnie – przytaknąłem i widząc u niej pierwsze tego dnia zmieszanie, skłoniłem się nisko i powiedziałem:
– Zatańcz.
Spełniła moją prośbę. 

poniedziałek, 2 marca 2015

Przychód okoliczności

Ludzie. Siedzimy przy stole, ja-my-oni, ale bardziej ja jednak lub bardziej oni tylko, a jak oni, to niechętni, podejrzliwi, że ich stwarzam na bieżąco w obserwacji, w załamaniu funkcji falowej. Ale był tam też profesor i każdy wie, że gdy profesor przy stole a ludzie wokół, to pewnie dyskusja i konkurs na najlepszy wynik. No i faktycznie, dyskusja i konkurs na najlepszy wynik, więc - the game is on - chłopak przede mną rzuca wysłużonymi kośćmi, które toczą się po stole podskakując niezgrabnie i radośnie, a nikomu nie jest teraz do śmiechu.
- Cztery, pięć i trzy... – czyta nadruk na martwych sześcianach, gdy prawdopodobieństwo krzepnie z superpozycji do zaktualizowanego konkretu. – W sumie dwanaście. Dwanaście na osiemnaście – mówi niepewnie. 
Znad wyniku pierwszej próby - bo co to znaczy i co z tym zrobić - spoglądamy na profesora, gdy z zatroskaną miną otwiera nabrzmiałą kopertę, a skąd brał te koperty, przecież nie powiem, że z ministerstwa; prędzej z wydziału fizyki lub teologii lub ech, wszystko jedno. A to zawsze był mój ulubiony moment, ta chwila, gdy zawartość koperty w kontekście przedustawnym namaszczała arbitralnych bohaterów lub gasiła, ad hoc, nadzieję.
- W zeszłym tygodniu było czternaście – stwierdza profesor wytrząsając zawartość przesyłki, interpretacje w zalążkach reguł, które podrywają się ze stołu jak pracowite, włochate pająki, snując między nami sieć nowych relacji, oplatając nasze wielkie mózgi i nieprzeczytane książki.
Profesor upewnia się jeszcze:
– Czternaście, tak? 
Kiwamy głowami w bijącym od profesora huraganie możliwości, wśród szurania pajęczych odnóży.
- A dzisiaj dwanaście...
Dziewczyna po lewej drga nagle i dość głośno, triumfalnie, zachłystując się powietrzem, ale też z nieokreśloną pretensją, panicznie, rozgarniając pajęczyny: 
- Owszem, czternaście, ma pan profesor całkowitą rację, że tydzień temu było czternaście, a miesiąc temu, i przepraszam, ale muszę to powiedzieć, miesiąc temu wypadło piętnaście!
- Piętnaście? - dziwi się profesor, mieszając palcem atmosferę, mieszając także dziewczynę, próbując zamieszać nas wszystkich.
- Czternaście, a wcześniej piętnaście i dzisiaj dwanaście? Bo to nie jest wszystko jedno!
Wtedy ktoś inny, cicho, tak cicho, że niemal wcale w tym zamieszaniu profesorskim i w tych sieciach pajęczych, wyściubiając zaledwie koniuszek nosa:
- Jedenaście...
Nic z tego, pająki nie próżnują a powietrze drży.
Czekamy. Czekamy na krzesłach, podczas gdy w górze, nad nami, sufit. I mgła.
Profesor podnosi rękę.
- Dwanaście - mówi wreszcie.
- Dwanaście - powtarza ręka.
- Dwanaście na osiemnaście – uzupełnia tamten, pierwszy, z nadzieją w głosie, z nienawiścią do wszystkiego, co czternaste lub piętnaste, ale z miłością nieufną do dwunastu, z miłością już szczerą do tych niezmiennych osiemnastek.
- Niech będzie – zgadza się profesor. – Ale co wy na to?
No i się zaczyna. Zaczyna od tego, że dwanaście, ale mogłoby być trzynaście (wcale nie), dwanaście na osiemnaście (siedem z dziewięciu!), ale nie na osiemdziesiąt, bo to żart! Wszyscy się śmieją, niektórzy głośniej od innych. Oczywiście, że żart, a nie dyskryminacja, więc osiemnaście. Ale co to znaczy? Że coś, że nic, że trochę tak-jakby, ale koniec końców doświadczenie, życie zweryfikuje, a wybór, decyzja, może być tak albo tak. Albo nie. Dyskusja unosi się nad stołem, fizycznie unosi, w oparach reguł, w siatce pojęć i liczb, intuicji i stochastyki. I pająków, skąd pająki, nie wiem, nie cierpię pająków, o Boże, pająki są okropne a to jest realne, bo nie tylko dźwięki i drżenie powietrza, lecz także grawitacja, wzajemne przyciąganie i promieniowanie tła. Bez sensu, prawda? A jednak. Nie biorę w tym udziału sprawiając wrażenie znudzonego, że dajcie spokój, ile można, no ile, te wszystkie liczby lub lata, koncepcje i prawdopodobieństwa. Ot, cały ja. Tam dyskusja, a tu cyklon nudy pustoszy mnie w zwolnionym tempie i pająki na lepkich odnóżach, robaki w dziwnych, powykręcanych słowach, bo tak naprawdę, w końcu to przyznam, to nie wiem, nic nie wiem, nie mam zielonego pojęcia. O niczym. I to także ja. Ale nagle coś spada na mnie drgając niedojrzale w przedśmiertnych konwulsjach i już wiem, i ulga, i czekam na moment, gdy ogłoszę publicznie, że tylko szkoda było wcześniej mojego wysiłku. Bo cała sztuka polega na tym i każdy zna kogoś, kto tę nudę nieszczerą nieumiejętnie rozpyla cmokając pod nosem ustami w dzióbek, z oburzeniem bezpłodnym, zaciskając pięści i krzyżując ramiona. Bo to widać. Ten strach podszyty nudą i arogancją. Widać to bardzo wyraźnie. 
Zgłaszam się. 
Cisza. 
Teraz ja.
- Pewien mędrzec powiedział był kiedyś – erudycyjnie zamiatam- że jeśli czujesz się źle, to przestań czuć się źle i zacznij czuć się świetnie. Zacznij czuć się świetnie zamiast tego. 
- To bardzo ciekawe – przyznaje profesor i pająki rozbiegają się na wszystkie strony chowając za książkami i za św. Tomaszem. – Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób. 
- Nie?
- Nie.
- Hm.
Później rozchodzimy się do domów, a następnego dnia świat jest nieco starszy. 
Dzień później zresztą też.

środa, 11 lutego 2015

Nazwij świat jeszcze raz

Oto Pan zrzuci cię, człowiecze, z wielkim rozmachem i uchwyci cię jednym chwytem, i tocząc cię zwinie w kłębek jak piłkę, rzucając po ziemi przestronnej. Tam umrzesz i tam pójdą pojazdy, z których się chlubiłeś, o ty, zakało domu twego pana!
[Iz 22 17-18] 

Wydarzenia rozwijały się jak sznur, na którego końcu znaleźć mógł wybawienie albo pętlę. Lub cokolwiek. W miarę jak Wojtek biegł, marznący deszcz, niczym koniec przedstawienia, opadał szarą kurtyną na znikającą w oddali uczelnię, a adidasy z głuchym i śmiesznym plask-plask-plask w rozmokłym śniegu niosły go w kierunku przystanku autobusowego. Chłopak, pełen wdzięczności dla przestronnych kieszeni przemoczonej kurtki, w które wciskał ręce aż po łokcie, szukał zajęcia dla rozedrganych dłoni przebierając palcami w stosie skasowanych biletów, monet i kluczy.
– Ale pada, ale pada, ale pada! – mamrotał pod nosem, byle nie dać się zdominować wszechogarniającej wilgoci, kierującej myśli w rejony rozmokłe i gnijące. Domina nikczemna, męczy ciało i ducha – przeklinał zuchwałość przyrody. A przystanek jeszcze hasła wymagał, więc już wcześniej, trochę głośniej, jak do swoich wołał:
– Zimno, zimno, zimno! – rozstąpienie ciał przemarzniętych i ciepłe przyjęcie do grona uchodźców deszczowych, symultanicznie współczujących.
Rozkład jazdy? Nie ma szans. Dziewczyna? Jest. Łachudra? Przyczaił się w kącie. Wojtek zajął upatrzoną pozycję i wypalił pytaniem w kierunku niewysokiej brunetki w ciemnozielonym płaszczu i kozakach brązowych z zamszu, skóry, zresztą nie znał się na butach:
– Była już czternastka, już była?
– Słucham?
– Czternastka. Była?
– Nie, jeszcze nie, też czekam.
– To dobrze, fajnie – przytaknął i wyrzeźbił na swej twarzy wyraz beztroskiej poufałości. Wiedział, że są podsłuchiwani. – Ale pada, co? – zapytał.
– No – odparła niedbale.
– I zimno-zimno-zimno...
– Raczej nie – ucięła. Co za dziewczyna! Gdyby jej nie znał, jak ją zna. Tylko ona jego nie. Jeszcze.
Wściekłe samochody rozjeżdżały śnieg wymieszany z toksyczną solą, a chłopak uznał, że może wreszcie zaryzykować, że teraz albo kiedy indziej, ale jednak teraz.
– Wojtek... Ze sklepu. Z cynamonem?
– Co?
– Nic, przedstawiam się tylko.
– To fajnie.
Fatalnie. Masakra! Nie zauważyła? Nie usłyszała? No przecież mogła odprzedstawić się chociaż! Zła, niedobra, kosz. Plan w łeb. Ale nie da mu, łachudrze, satysfakcji.
– Z cynamonem – spróbował jeszcze raz, bezsilnie.
– Ty coś do mnie mówisz, coś mówisz jeszcze? – prychnęła.
– Nic – mruknął. – Czternastka, czternastka, hej! – wykrzyknął bezcelowo i beznadziejnie i nagle kobiecina jakaś znad siatek, jak deus ex machina:
– Czternastka już była. Pojechała. Dopiero co!
– Och! – dziewczyna.
– Ha! – wyrwało mu się. Co za ukojenie w porażce. I deszcz nawet przestał padać.
– To idę z buta.
Tłum wypluł dziewczynę, a potem, zarażony entropią, rozpadł się na pojedyncze osoby, które niczym zaschnięte liście na tafli jeziora rozpłynęły się w różnych kierunkach.
Kierunek łachudry był jednak łatwy do przewidzenia.
– Pójdę z tobą! – zawołał Wojtek.
– Jak chcesz – odparła dziewczyna i wnet Słońce wyszło i blask zalał ulice, samochody, rozmokły śnieg i w ogóle wszystko. Szli, a nadchodząca wiosna niczym przewodnik po muzeum sztuki nowoczesnej odsłaniała przed nimi spękany chodnik, psie kupy na trawnikach oraz dziurawe ulice. Minęli kościół i sklep. Minęli psa. Czerwone światło. Stoją.
Stoją, czas leciał a Wojtek żywił przekonanie, że są obserwowani.
– Zupełnie mi nie przeszkadza ta krępująca cisza – stwierdził po chwili z wyższością, obserwując płynący leniwie strumień samochodów, byle nie dać się porwać rwącemu strumieniowi świadomości, który niebezpiecznie podmywał jego zdrowy rozsądek. Spojrzał na dziewczynę. Stała wpatrzona w sygnalizację świetlną a jej delikatny profil rozrywał mu wnętrzności na strzępy.
– Wiesz, czemu mi to nie przeszkadza? Bo mi się nie przedstawiłaś.
– Mnie tam nic nie krępuje.
– Akurat.
Zielone.
– Zielone – powiedział do jej pleców.
– Wiola – rzuciła przez ramię.
A nie! – omal nie krzyknął. Kłamczucha! Ewa bezczelna, Wiolą się zasłania. Tylko dlaczego?
– Wiola? Fajnie – stwierdził obojętnie, chociaż serce mu drgało jak płomień świecy na wietrze. – Akademik? – spytał.
– Tak.
– Ja też.
Idą. Wojtek cierpiał. Czemu kłamie? Wiedział wszystko. Tylko tego nie.
Wiola/Ewa:
– A tak w ogóle to słyszałeś o zniknięciu portiera w akademiku?
– Co? – o czym ona? – Nie, nie słyszałem.
– No, bo nikt nie słyszał... Oprócz mnie.
– Czemu zniknął od razu, a nie poszedł do dentysty, na przerwę, na siku?
– Zniknął. Mam to na komórce. Nagrałam jak znika.
– No co ty, pokaż.
– Zostawiłam w pokoju.
– Zostawiłaś telefon? A jak ktoś zadzwoni? Zostawiła telefon!
– Zostawiłam. No i co?
– Nic, dziwne po prostu.
– Dziwne jest zniknięcie. Ale mogłam się domyślić!
– Nikt nie zniknął. Czego mogłaś się domyślić?
– Wszystkiego.
– Skąd?
– Ze znaków.
– Jasne.
– Nie wierzysz?
Nie wierzył. Wierzył w znaki, ale nie w zniknięcie. Wierzył w znaki, bo sam je zostawił przecież, ale portier?
– Jakie znaki? – zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
– Ślady. Różne.
– Jakie?
– Co studiujesz? – zmieniła temat. Podejrzliwa i kłamie. Wojtek zachodził w głowę, czy został już przejrzany, czy ta żałosna łachudra ciągle ich śledzi oraz jak długo jeszcze zdoła powstrzymywać parcie na pęcherz.
– Filozofię – odpowiedział zgodnie z prawdą.
– Tak? Ja też. Na którym roku?
– Na czwartym.
– Dziwne.
– Co jest dziwne?
– Że cię nigdy nie widziałam. Też jestem na czwartym.
– To nie jest dziwne, bo nie chodzę na zajęcia. Studiuję drugi kierunek.
– I tak musisz chodzić na zajęcia.
– Nie muszę – Wojtek z zawadiackim uśmiechem zaczął tłumaczyć swoją taktykę:
– Po prostu na jednej grupie mówię, że chodzę na drugą grupę, a na drugiej, że na pierwszą, a wszystkim, że nie mam czasu, bo studiuję drugi kierunek. Na koniec zanoszę referat i podciągam się ustnie na zaliczeniu – Ewa/Wiola zrobiła wielkie oczy. – Na dwóch kierunkach jest dwa razy mniej nauki – wyjaśnił, po czym dodał:
– Dlatego planuję wziąć trzeci.
– Leń – skomentowała dziewczyna i parsknęła śmiechem. – A znasz profesora Profesora?
– Czy znam… – zaczął Wojtek i oczami wyobraźni ujrzał władcze oblicze profesora Profesora i jego równie władczą rękę, wpisującą mu dwóję do indeksu nie zważając na to, że studiuje drugi kierunek. Władczą dwóję jak trzy dwóje, na trzy kratki wielką, zamazując czwórkę ponad i cztery z plusem pod spodem.
Zadrżał pod naporem nieprzyjemnych wspomnień.
– Nie lubię go – podsumował krótko. – Oblał mnie. Ale to nie dlatego go nie lubię…
– A ja go lubię. Jest przystojny.
– Przystojny? – zdziwił się Wojtek. – Łysy. I stary.
– Zazdrościsz.
– Tak? Niby czego?
– Wszystkiego.
Westchnął zrezygnowany. Obejrzał się za siebie i zobaczył wystającą zza drzewa, błyszczącą w Słońcu szpiegowską łysinę. Niech cierpi, pomyślał Wojtek. Zasłużył sobie.
– No, to co to były za ślady? Te, które miałyby świadczyć o zniknięciu portiera? – chłopak wrócił do tematu, byle jakoś podtrzymać rozmowę i podręczyć łachudrę. Wiedział, że jeśli dziewczyna tym razem mu powie, to usłyszy o sznurku, piórku, kartce, piłeczce do ping ponga i tym kwiatku, który zerwał z czyjegoś balkonu. Wiola/Ewa przyglądała mu się przez dłuższą chwilę i kiwnęła głową.
– No dobra, posłuchaj – zaczęła. – Wiem, że zabrzmi to dosyć wariacko, ale wszystko układa mi się w jedną, logiczną całość…
– Tam gdzie kończy się logika, zaczyna się babeczka… – mruknął.
– Co?
– Nic, nic. Mów dalej.
– No więc najpierw był ten sznurek przewiązany przez pręty w balustradzie... Na klatce schodowej zaraz przy wyjściu z mojego pokoju.
Zauważyła! Chłopak skąpał się w satysfakcji własnego sprytu. Łyknęła haczyk!
– Sznurek był żółty.
– No i co z tego, że był żółty? – zdziwił się. Akurat kolor nie miał dla niego znaczenia.
– Żółty oznacza podstęp – wyjaśniła.
– Żartujesz chyba. Podstęp?
– Tak. I sznurek wskazywał na portiernię.
– Co?
– Sznurek wskazywał na portiernię. Z podstępną, żółtą intencją, rozumiesz?
– Średnio.
– Ale jeden sznurek to mógł być jeszcze przypadek, prawda?
– No ba – skwitował Wojtek. Sherlock Holmes, pomyślał. Ale ubaw.
– Natomiast dwa żółte sznurki… – kontynuowała dziewczyna. – Dwa żółte sznurki wskazujące na portiernię, to chyba już o czymś świadczą, no nie?
– Dwa sznurki?
– Tak, dwa sznurki. I klucz. Klucz, uwierzysz? Klucz nanizany na drugi sznurek.
– Jaki klucz? Jaki drugi sznurek? – Wojtek miał wrażenie, że rzeczywistość zaczyna się przeciwko niemu buntować, że świat wokół niego dostaje semantycznej wścieklizny.
Co się dzieje? – zastanawiał się gorączkowo - Czy ona stroi sobie z niego żarty?
– I czerwona pelargonia na mojej wycieraczce.
– Kwiatek zwykły przecież – bąknął.
– Pelargonia – poprawiła go. – Czerwona. Czerwona pelargonia oznacza głupotę. Ktoś próbuje mnie sprowokować, rzucić mi wyzwanie. To gra.
– No nie, przesadzasz – to, co słyszał Wojtek, nie mieściło mu się w głowie, wypadało na ziemię i blokowało wyjście z tej pełnej podstępnych cieni jaskini. Co za zwariowane wnioski wyciągnęła ta kobieta! I teraz one ciągną ją. Tylko dokąd?
– Nie przesadzam – upierała się. – Myślę, że ktoś chciał, żebym powstrzymała go przed porwaniem portiera, ponieważ sam nie potrafił, bo był opętany albo zahipnotyzowany albo...
– Albo cokolwiek z jak najmniejszym prawdopodobieństwem - uciął Wojtek.
– To ma sens.
– Jasne, ale, i rzucam to tylko jako możliwość, możliwość zaledwie logiczną, bo może chodziło o coś zupełnie innego? I takie coś, co na przykład nie ma żadnego związku z portierem, nie byłoby przecież wewnętrznie sprzeczne, coś takiego wcale by się z tym wszystkim nie wykluczyło!
– Wiesz, długo nad tym myślałam, ale z czasem śladów było coraz więcej i wszystkie wskazywały na portiernię. Na przykład ta piłeczka pingpongowa w progu. Gdy otworzyłam drzwi, to zgadnij gdzie się potoczyła?
– Po linii najmniejszego oporu, po najmniejszej linii oporu?
– Zleciała ze schodów prosto do portierni.
– No i co niby miałoby z tego wynikać?
Ewę/Wiolę ogarnęła pasja. Gestykulowała gwałtownie w rytm wyrzucanych z siebie słów. Była na tropie mrocznej historii, która z niewiadomych przyczyn wciągnęła ją w wir wydarzeń i Ewa/Wiola oddała się temu z lubością.
Ewa nazywa świat jeszcze raz, pomyślał Wojtek. A ja jestem oszukanym Adamem.
– Nie rozumiesz? – dziewczyna starannie akcentowała każde słowo. – Wynika z tego, że ten, kto zostawiał te wszystkie ślady, stoi za zniknięciem portiera. No i to piórko, które…
– Może nie mówmy już o tym – przerwał jej, nagle dziwnie wyzuty z sił, zmęczony.
– Jak chcesz – żachnęła się. – Nie musisz mi wierzyć.
– Ewa, czasem z tych samych elementów można ułożyć zupełnie inny obrazek. Po prostu. Wiesz, widzisz to, w co wcześniej uwierzysz.
– Wiola, a nie Ewa. I ja wierzę w to, co widzę.
– Jak chcesz – Wojtek czuł, że traci grunt pod nogami, że traci też różne inne rzeczy. Był tak bardzo zaabsorbowany ustawianiem kostek domina, że nie zauważył jak ktoś podostawiał mu za plecami dodatkowe elementy, wyznaczając zupełnie nowe ścieżki dla możliwych konsekwencji.
Łachudra! – przemknęło mu przez myśl. – Tylko jak?
– Wojtek? Wojtek, tak?
– No?
– Tutaj zaraz mieszka mój wujek. Jak chcesz, możesz się ze mną przejść do niego. Na chwilkę. Chociaż możesz go nie polubić.
– Czemu?
– Zobaczysz – dziewczyna puściła do niego oko, promieniejąc na nowo blaskiem beztroski. Mógłbym teraz umrzeć, myślał Wojtek i śmiał się w duchu ze swojej pretensjonalności.
Zza drzew wyłoniła się kamienica. Zanim dziewczyna zdążyła nacisnąć domofon z budynku wyszła siwowłosa starowinka w drodze do lekarza, na zakupy, czy gdzie tam łażą te wszystkie siwowłose starowinki.
– Chodź – ponagliła Wojtka. Weszli na pierwsze piętro. Wiola/Ewa zapukała, a po chwili złożonej z szurania i dźwięków przekręcanego w zamku klucza, w drzwiach ukazała się nobliwa sylwetka profesora Profesora. Pod chłopakiem ugięły się kolana, ale zdołał jeszcze zarejestrować, że z profesora Profesora w tajemniczy sposób ulotniła się gdzieś cała władczość, ustępując miejsca niewinnej dobrotliwości. Władczość poszła w ślady portiera – myślał Wojtek usiłując ukryć zdumienie.
– Cześć wujku.
– Witaj Wioletko.
– To mój kolega z roku, Wojtek…
– Tak, pamiętam, pan drugi kierunek. Wejdźcie, proszę. Kawy, herbaty?
– Ja… – zaczął Wojtek, ale Ewa/Wiola (nazwał ją Wioletką!) weszła mu w słowo.
– Wujku, my tylko na chwilkę, chciałam się tylko zapytać, czy wiesz, co to za numery… – dziewczyna wyciągnęła z kieszeni kartkę (tę albo tą kartkę!) i pokazała profesorowi Profesorowi. Wojtka oblał zimny pot.
– Przepraszam, że ci przerwę, Wioletko, ale czy słyszeliście już o Panu Cynamońskim? Był portierem w waszym akademiku...
Zszokowani spojrzeli po sobie a potem na profesora Profesora, ale zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, tamten rzekł zimno:
– Został zamordowany. Uduszony.
– Nie… – jęknęła dziewczyna. – To straszne. Czy wiadomo, kto to zrobił?
– Wiem tylko, że został dzisiaj po południu znaleziony martwy w piwnicy twojego akademika. Ktoś ukrył jego ciało za starym stołem do tenisa, no cóż, stołowego. Podobno wciąż miał zaciśnięty na szyi cienki, żółty sznurek - profesor westchnął ciężko z egzystencjalnym znawstwem. - Ludzie, ludziom…
– Nie... – tym razem jęk wyrwał się Wojtkowi.
Stary profesor w zamyśleniu przyglądał się kartce, którą wręczyła mu jego siostrzenica.
– A ten numer… To najprawdopodobniej numer ISBN – powiedział. – Identyfikuje pewnie jakąś książkę.
– Jaką? – zapytała zdrętwiałym głosem.
– Możesz to z łatwością sprawdzić w Internecie. Tam jest komputer.
Wojtek podszedł do dziewczyny. Ręce mu drżały.
– Mogę zobaczyć tę albo tą kartkę?
– Za chwilę, nie przeszkadzaj.
Dziewczyna nachyliła się nad klawiaturą. Wystukała trzynaście cyferek i zatwierdziła zapytanie. Dopiero po chwili dotarł do niej sens informacji, które wyświetliła przeglądarka. Bruno Schulz – "Sklepy cynamonowe". Spojrzała na Wojtka i chłopak wiedział, że ona wie, że on wie, że ona wie… Ale wie wszystko nie tak, jak powinna wiedzieć, wszystko wie na opak!
– Wojtek... Ze sklepu z cynamonem? – zapytała, lekko rozbawiona, lecz nagle twarz jej spochmurniała. – To ty!
– Ta łachudra się w tobie zakochała, zakochał się, on, cokolwiek! – wykrzyknął pospiesznie, aby przywrócić światu pierwotny lub wtórny porządek. Przez moment miał wrażenie, że niepotrzebnie się tak unosi, że powinien to rozegrać na spokojnie, jednak wstyd wymieszany ze złością złączyły się w nim nagle w obezwładniającą mieszaninę emocji i rozgorączkowany, w pasji, potrafił już tylko wyrzucać z siebie kolejne słowa jak zaklęcia, byle oddalić to oskarżycielskie spojrzenie, ten zaszokowany wyraz twarzy, te rozchylone w niemym zdumieniu usta. Profesor Profesor czujnym okiem obserwując Wojtka, jednocześnie zdecydowanym, na powrót władczym ruchem wystukiwał na komórce jakiś trzycyfrowy numer.
– Byłem po prostu ciekawy, kim jesteś, że się w tobie tak zakochał i ja też się wtedy zakochałem – bełkotał Wojtek. – Po prostu. Chciałem być oryginalny czy coś, żebyś przyszła do mnie sama. To miało być takie... Inne! I ta książka, "Sklepy cynamonowe", to znak, hasło, zabawa. Słowo-klucz...
– Klucz... Pan Cymański, znaczy, Pan Cynamoński... Portier... – Ewa/Wiola mówiła niemal bezgłośnym szeptem. – Nie wierzę!
– Sznurek nie wskazywał na dół, do portierni, tylko w górę, do mnie! Piórko, bo ja jestem Piórkowski, Wojtek Piórkowski, a piłeczka pingpongowa, no, bo ja przecież gram w ping ponga, wiesz, nawet jestem w reprezentacji uczelnianej... No i kwiatek, zresztą, nieważne, wiem, że teraz, gdy to morderstwo, to jakiś absurd, teraz może to jest głupie i dziecinne, ale wtedy wydawało mi się, że te zagadki, że jak dasz się w to wciągnąć, że gdy to wszystko rozszyfrujesz, to wtedy docenisz... Docenisz...
Wojtek był bliski płaczu. Wlepił w dziewczynę pełne udręki i bólu spojrzenie, błagał kosmiczne siły, aby pomogły mu ją przekonać.
– Ten, ta łachudra – teraz już łkał, przepełniony desperacją. – Kiedyś się przyjaźniliśmy. On był zazdrosny i śledził ciebie, mnie, nas, a ja chciałem mu utrzeć nosa, że jest taki cykor, że nie podejdzie, nie zagada, rozumiesz? Rozumiesz, prawda?
– Ale dlaczego zabiłeś portiera? O Boże!
– To nie ja, to ta łachudra! Nie wiem, czemu zniknął portier, on w ogóle nie zniknął, ale nawet jeśli zniknął, to ja go nie zabiłem. No bo po co?
– Wyjaśnisz to policji – wtrącił profesor Profesor. – Już jadą. Zaraz tutaj będą. A jak już przyjadą... – staruszek zrobił krótką pauzę. – To nie zapomnij im powiedzieć, że studiujesz drugi kierunek.
Wojtek ruszył do drzwi z jadowitą nadzieją na podzwonne ery Profesora. Stary profesor próbował stanąć mu na drodze, ale chłopak, naładowany adrenaliną i popędzany paniką, z łatwością odepchnął zasłużonego akademika na ścianę i wybiegł z mieszkania. Nie obejrzał się za siebie, nie chciał widzieć wyrazu twarzy Ewy/Wioli; był przekonany, że w jej oczach nie dostrzegłby już raczej gotowości do zostania jego dziewczyną. Kilkoma susami pokonał schody, uchylił drzwi prowadzące na ulicę i wpadł prosto na łachudrę.
– Krzysiek!
Krzysiek bez ostrzeżenia naparł całym sobą na Wojtka, a ten, niesiony siłą pchnięcia, zatoczył się z powrotem do klatki, potknął o własne nogi i zleciał ze schodów prowadzących do piwnicy. Po chwili przejmującej ciszy, która nastąpiła po tym, jak wybrzmiało już echo akrobatycznych ewolucji Wojtka, dało się posłyszeć przeciągłe jęknięcie.
Krzysiek niespiesznie schodził ze schodów, kierując się w stronę leżącego Wojtka wokół którego poniewierały się monety, skasowane bilety i klucze.
– Twój boski plan, czy coś, cię przerósł, mój drogi. Czy słyszysz? - Krzysiek przyłożył rękę do ucha. - To dźwięk twojej klęski.
– Łachudra... Chyba złamałem nogę... – w głosie Wojtka nie było słychać strachu, lecz niedowierzanie. Podparty na łokciu próbował zbierać porozrzucane drobiazgi. – I chyba się zsikałem.
– Gdybyś nie był takim zazdrośnikiem... Gdybyś był prawdziwym przyjacielem...
– To ty... To wszystko ty... – bełkotał Wojtek usiłując podnieść się z brudnej podłogi.
– Wojtek, Wojtek... – jego oprawca dramatycznie kręcił głową. – Ty zasikany demiurgu. Twój koniec jest już bliski.
– Łachudra, zwykła łachudra... Tylko dlaczego zamordowałeś portiera?
– Portiera? – Krzysiek zdumiony uniósł brwi, ale zaraz twarz mu pojaśniała w nagłym przypływie zrozumienia i chłopak uśmiechnął się krzywo, nieprzyjemnie. – Co? Masz tam gdzieś dyktafon, czy coś? Chcesz być sprytny i nagrać moje wyznanie, czy coś? Wojtek, Wojtek... Portier... Portier po prostu zniknął. A teraz czas na ciebie.
Chłopak stanął ponad Wojtkiem, a jego chuderlawa zazwyczaj sylwetka tym razem emanowała niezwykłą siłą.
– Spójrz! – rozkazał mu, przyjmując wyniosłą pozę. – No patrz, jak stoję ponad tobą, jak przejrzałem ciebie i ten cały twój żałosny plan. Przy tobie jestem alfą i omegą. Przegrałeś. Po prostu przyznaj to i usuń się w cień.
Wojtek poprzez ból i upokorzenie zdał sobie sprawę, że Krzysiek ma rację. No cóż, istotnie został pokonany. Spojrzał w twarz byłemu przyjacielowi i cicho, gubiąc sylaby, uznał jego zwycięstwo.
– A teraz chodź – Krzysiek podał mu rękę i pomógł podnieść się z podłogi. – Chodź ze mną.
– A co z Ewą-Wiolą?
– Nie przejmuj się nią, nimi, czy co tam.
– A policja?
– Policją też się nie przejmuj.
– To gdzie idziemy?
– Zobaczysz.
Wojtek, wsparty na ramieniu Krzyśka, powoli pokonywał zdradzieckie stopnie schodów. Gdy dotarli już na parter chłopak bez zdziwienia przyjął fakt, że jest prowadzony jeszcze wyżej, na następne piętro. Po chwili stali już pod drzwiami mieszkania starego profesora Profesora, z którego zaledwie kilka minut wcześniej uciekł, gdy okazało się, że uwolnił siły, którym nie potrafił sprostać.
Krzysiek bez pukania nacisnął klamkę. W środku, w przedpokoju przed nimi, pomiędzy roześmianym profesorem Profesorem i równie rozweseloną Ewą/Wiolą stał portier Cynamoński ściskając w dłoniach pęk kluczy przewiązanych żółtym sznurkiem.
– A więc to tak... – wybełkotał Wojtek.
– Ano tak – przytaknął portier i wszyscy wybuchnęli serdecznym albo szyderczym śmiechem.

wtorek, 30 grudnia 2014

Arirang, Arirang

Podróże. Czasem wchodzę do autobusu i jadę, ot tak, byle przed siebie, skasowawszy bilet ulgowy, doktorancki, nie ma takich, są, mogę pokazać legitymację i nawet zaświadczenie z uczelni, że prowadzę zajęcia, poproszę, no i co, no faktycznie.
Ruszamy.
Przystanki mijają mnie za oknem jak spragnione miłości zużyte serca, których nikt nigdy nie chciał sobie przeszczepić i wypełnić oksytocyną. Tak, jestem beznadziejny w porównaniach, jak ci ludzie, co to chodzą do kościoła tylko w dni nieparzyste. Ale ostatnio wchodzi staruszka, a ja co, ustępuję miejsca, wciąż to robię, nawet dzisiaj, gdy świat, wszystko, ech, to opowieść na inną okazję, a ona rozsiada się wygładzając zakurzone fałdy wokół ust, oczu i siatek z zakupami, którymi obstawiła się jakby dla utrzymania równowagi.
Zagaiłem życzliwie, bez sensu.
- Wojna - mówię. - Założę się, że pamięta pani wojnę.
- Owszem - przyznała staruszka. Ze zmarszczek na jej czole, nad którym w aureoli siwych włosów skrzypiała ciasno zawiązana babcinowa chusta, dobrotliwie uśmiechał się do mnie papież (zgadnijcie, który). - Podwawelska.
- Co?
- Kiełbasa.
Starość, myślę. Starość, wojna i dewocjonalia. To mi coś przypomniało, więc:
- Założę się, że nie oglądała pani tego nowego filmu, w którym Seth Rogen i ten drugi robią wywiad z Kim Dzong Unem.
- Owszem - znów przyznała staruszka, a spodziewając się kolejnej wypełnionej demencją deklaracji, zajęło mi trochę czasu, żeby przetrawić ciąg dalszy: 
- Oglądałam. Z Jamesem Franco.
Byłem w szoku. Wydawało się, że wszyscy są w szoku, nawet kierowca, bo zatrzymał nagle autobus, ale to tylko przystanek.
- I co, podobał się pani? - zapytałem niecierpliwie.
- Nie - pokręciła głową ze znawstwem. - To gówno.
Tym razem nie byłem zdziwiony. Staruszka wyraziła powszechną opinię, opinię tak powszechną, że zaczynałem powoli powątpiewać w swój uniwersalny gust filmowy, gust, który do niedawna bez większych zgrzytów podzielałem ze światową większością anonimowych krytyków.
- Korea Północna - powiedziałem. - To przecież taki ciekawy kraj.
- O tu się jebnij - rzuciła, stukając wykrzywionym artretyzmem palcem, no cóż, o tu, w to miejsce. Trochę się zdenerwowałem, bo to jak w tych spełnionych koszmarach nieśmiałości, gdy albo boisz się odezwać, żeby nie palnąć czegoś głupiego, albo żeby nikt się nie dowiedział (zwłaszcza ty sam), że po prostu jesteś kretynem.
- Co pani może wiedzieć... - broniłem się, lekko zbity z tropu. - Pani to pewnie uciekała z kina na widok jadącego pociągu.
- Aż tak stara nie jestem.
- Przepraszam.
- Nie szkodzi.
 Rozmowa utknęła na przełęczy implikatur, porzucona i ranna w stopę. Arirang, zanuciłem w myślach, Arirang.
- A drugą część "Głupiego i głupszego" widziała pani? - zaczepiłem jeszcze, już bezpiecznie, bo odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Jeszcze większe gówno - odpowiedziała i papież na jej czole puścił do mnie oko.
- Tak - zasmuciłem się, a staruszka jakby czytała w moich myślach:
- Fekalne gagi wypluwane na wtórną fabułę i głupich ludzi zza gumowej maski naciągniętej na starą twarz Jima Carreya, w którego pustych oczach, do których nie sięgał przyklejony uśmiech, już dawno zgasły ostatnie iskierki humoru, i tylko czerstwe zmęczenie i niezaleczona depresja, demony... To mnie przerażało, to był horror! - staruszka zrobiła wielkie oczy i odsłoniła wielkie zęby (nawet nie pytałem). - Ale nikt mi nie zarzuci, że nie wiem o czym mówię, bo jestem wielką fanką, niech mnie ktoś powstrzyma, pierwszej części, więc należę do kręgu wtajemniczonych.
- Ma pani rację, no faktycznie jest tak, jak pani mówi, ale to z Koreą Północną, to ten film nie był wcale taki zły i to nie tylko mój sentyment do...
- Nie będę się powtarzać.
- Ech - wiedziałem, co mam zrobić. Okropne staruszki.



   

wtorek, 25 listopada 2014

Imperator fabularny

     Kościół, czyj Kościół, niech będzie, że Imperatora, zrzeszał niezbyt liczne grono fanatyków informacji pozafabularnych. O co w tym chodzi i jak to możliwe, to dosyć, dosyć, dosyć skomplikowane. Chociaż nigdy mnie nie zapraszano na spotkania tych szaleńców, to starałem się żadnego nie przegapić. Miałem nawet ulubione miejsce, z którego, przyczajony, napinałem błony bębenkowe próbując uszczknąć coś z przypadkowych prób wyjścia poza narrację. Te rzadkie momenty wytrącały mnie jednak z uśpionej obserwacji w świadomy nagle nurt zdarzeń, w którym od początku wszystko się ze sobą wiązało, bo ulica skręcała łagodnym łukiem w kierunku rzeki, nad którą ciężko rozpłaszczył się most i dopiero dalej, wśród drzew i chodników, zza pękniętej ściany widziałem Johna, który przechadzał się między przyjaciółmi, jakby spacerował po linie zawieszonej nad zdrowym rozsądkiem.
     John pił herbatę, palił papierosa i strasznie cmokał, podczas gdy Steve, Sue i Mary dopiero szukali dla siebie zajęcia.
    - Cmok! - John zainaugurował pierwszą scenę, a reszta poszła siłą logicznych konsekwencji lub inercjalnych skojarzeń. – Czy widzicie jak składam usta w dzióbek? - zapytał. - Umówmy się, że od teraz dzióbek oznacza, że mówię różne ważne rzeczy, cmok, poważnie. Marks, cmok. Za mało się dzisiaj mówi o Marksie. 
    Steve kręcił niezadowolony głową, ale to mu jakoś nie mogło wystarczyć, więc zaprzągł do kręcenia także rękę.
     - Daj spokój, John - przestał kręcić głową i już tylko ręka rysowała w powietrzu niewidzialną spiralę. - Przecież dzióbek zawsze oznaczał ważne rzeczy, a mlaskanie jest za każdym razem poważne - wziął głęboki wdech. - Spójrzcie lepiej na to... – Wymachując ręką skupiał na sobie uwagę zebranych. – Od dzisiaj wyrażam irytację wyłącznie w ten sposób! Machu, machu i kręcenie! Kręcę na Marksa i socjalizm! 
   Mary była krótkowidzem, lecz nikt nie potrafił jej zmusić do noszenia okularów. Chcąc ocenić memetyczny wynalazek Steve’a podeszła zbyt blisko kręcącej się dłoni i - pac! - odleciała do tyłu trzymając się za twarz.
    - Mój nos! – skarżyła się, ale Steve, niezrażony ciosem, rozkręcał swój gest coraz szybciej, coraz bardziej zirytowany próżnością Mary oraz tendencją do wygłaszania oczywistości typu:
    - Twój nos - przyznała Sue, głaszcząc Mary po wystających łopatkach, między którymi ktoś (pewnie Steve) rozpiął nieprzyzwoity transparent. – Twój nos do końca życia na tej nieszczęsnej planecie, na której błąkamy się bez celu jak te ryby, co to wyszły z oceanu do dżungli miliardy lat temu...
    - Jak bez celu, skoro do dżungli? - irytował się Steve. - Od słuchania tych głupot boli mnie już ręka. John, czy wiesz coś nowego o Imperatorze?
     John siedząc na kanapie z ironicznym uśmiechem gasił papierosa, poprawiał kołnierzyk i zawiązywał sznurowadło. Nigdy nie potrafił wykonać żadnej z tych czynności porządnie, więc zawsze chodził w źle ułożonej koszuli, wciąż potykał się o swoje sznurowadła i nieustannie wzniecał pożary. Słysząc pytanie Steve'a uniósł nonszalancko brwi:
   - Cmok?
   - Cmok? - rozkręcona irytacja Steve'a zaczynała grozić przeciągiem. - Z takim cmokaniem to...
   - Bo nie możesz tak po prostu, John - wtrąciła się Sue. – Nie możesz tak cmokać bezkarnie, kiedy cała moralność, etyka...
    - Etyka? – John aż zakaszlał, zdumiony. - Chcesz mi mówić o etyce cmokania?
    Jego zdaniem sarkazm niszczył każdy argument, wiec:
     - Mlask, a co z etyką mlaskania? 
    - Ja wyjaśnię – zgłosiła się Mary, mówiąc przez nos. – Bo widzisz, John, możesz rozpowiadać wokół, że Sue jest kretynką, ponieważ pisze wiersze...
     - Żeby tylko...
    - Ale ty tak naprawdę kochasz poezję i nic z tym nie zrobisz. Nie możesz mieć etyki przekonań, jeśli nie jesteś za swoje myśli odpowiedzialny. Ale etyka cmoknięć... - Mary złożyła dłonie jak do modlitwy i przez moment czułem, że zwraca się tylko do mnie. - To etyka założeń. A założenia jak cmoknięcia można przyjmować zupełnie na chłodno i sprawdzać co z nich wynika, co z nich wyniknie w jednym miejscu, a co w innym... - Puściła oko. Do kogo? Pewnie do Steve'a, bo zaraz: - Steve wie. Steve wie, że nie należy do założeń mieszać emocji ani życia, i chociaż kiedyś miałam z tym problem, to teraz lepiej to rozumiem.
     - Tak - przyznał Steve. - Mary ma rację i to nie tylko dlatego, że referuje moje poglądy.
    Steve złożył wstrzymane w bezpłodnych cyklach dłonie wzdłuż ciała i zamknął oczy i nagle dla wszystkich stało się jasne, że nie opracował jeszcze nietrywialnego sposobu sygnalizowania głębokich przemyśleń.
    - Kończąc lub zaczynając cmokiem, dzióbkiem czy mlasknięciem... - zaczął ostrożnie, z wysiłkiem, ale po chwili jakby coś w niego wstąpiło, bo uniósł się o kilka centymetrów ponad podłogę i dryfując leniwie wzdłuż wzorzystych linii na dywanie, kontynuował natchnionym głosem: - Kończąc w ten sposób jesteś odpowiedzialny za konsekwencje wygłaszanych twierdzeń, podejmowanych kroków, akcji, a więc za wszelkie inicjatywy przypieczętowane aprobującym ciamkaniem... - zrobił krótką pauzę, by zmierzyć głębię wywołanej ciszy (była niemal doskonała). - Co jednak ważne - podźwignął urwaną myśl. - Co jest istotne, co jest nieuniknione, niezbędne, niemożliwe do zakwestionowania, to...
   Steve otworzył oczy, wylądował miękko na ziemi i rozejrzał się po twarzach współwyznawców. Wiedział, że są w jego mocy, elastyczni, gotowi, w napięciu gotowi, wchłaniający, ale coraz mniej jakby, bo coś uciekło, wymknęło się i rozmyło, słowa rozbiegły się, sturlały z języka, zawisły na wargach, a on nie mógł ich zlizać, odgryźć, wypluć, koszmar, koszmar, co się dzieje, może chociaż puenta jakaś, ratunek: - Bądź bardziej ostrożny, John, i staraj się nam nie wmawiać, że, że pozwolę sobie wrócić do naszej ostatniej rozmowy, że co jeśli... - jakieś szmery w tle, zniecierpliwione szurania. - Co jeśli de facto, de facto - nawet łacina nie chciała mu pomóc! - Jeśli de facto Imperator istnieje (och!), że co jeśli Sue ci pozwoli...
    - Istnienie Imperatora jest niemal pewne - żachnął się John, zupełnie już odczarowany.
    - Każde założenie obciąża cię moralnie - dokończył Steve, zasapany i zmęczony.
    - To nie jest założenie.
   John wstał z kanapy, zrobił kilka kroków w moim kierunku, ale chyba mnie nie zauważył, bo za chwilę wrócił na miejsce. Zaczynałem dostrzegać coś automatycznego w jego zachowaniu, coś nieznośne sztucznego i może gdyby ta sztuczność była trochę bardziej naturalna, gdyby mi nie przypominała czegoś innego...
    - No, chyba że tak czujesz po prostu - wtrąciła Mary, trochę zawiedziona, że temat Imperatora nie chwycił, trochę nawet bardziej zawiedziona wypompowaniem się Steve'a. - Intuicyjnie czy coś. Wtedy spoko, twoja sprawa, nikogo to nie obchodzi. Niemniej wybieraj założenia raczej pod kątem efektu, a nie osobistych preferencji.
    John zbladł. Wiedziałem, że jako jedyny w całej grupie cenił logikę, stąd imputowanie mu ciągot do emocjonalnych intuicji uważał za obraźliwe. Do tej pory wydawało mu się także, że wystarczy dobrze uzasadnić swoje przekonanie, że wystarczy pilnować reguł gry, a teraz się okazuje, że to kwestia konsekwencji, że to arbitralny utylitaryzm.
     Ale nawet gdyby przyjąć - zastanawiał się - że Imperator jest wymyślony, albo nie, że to ja raczej, ja lub on...
     - Ależ tak! – Wykrzyknął. - Oczywiście!
     I zaraz, dosyć histerycznie:
     - Ależ nie! To absurdalne!
    Ojej, pomyślałem, a spojrzenia grupy świdrowały twarz Johna, z której żółtą kaskadą niczym stara tapeta odklejała się maska racjonalisty, odsłaniając splątane kable i koła zębate, przekaźniki i tranzystory. John próbował jeszcze zbierać z podłogi skurczone resztki swojej tożsamości, jednak było już za późno. Był robotem. (głupie, co?)
    - Wszyscy jesteśmy tacy sami! - Wybuchnął, ale nie dosłownie, że eksplodował, po prostu się rozpłakał sypiąc wokół fontanną iskier.
    - Nie... - podpowiadałem mu. -  To wy jesteście tacy sami, a ja jestem inny! Ja, ja, czyli John, jestem spójny z historią!
    - John... - Zaczęła Sue, lecz nie potrafiła powiedzieć nic więcej zaskoczona faktem, że okazał się taką wrażliwą maszyną.
    - Robot, nie robot, John się rozpłakał więc przegrywa dyskusję - zadecydował Steve. - Już dawno podejrzewałem, że to cyborg.
    - Jak już, to android - prychnął robo-John. Jedną ręką klepał rozżarzoną iskrami kanapę. - Przez wasze manipulacje znowu coś podpaliłem.
   - Myślałam, że roboty kierują się zasadami - wzdychała Sue.  - Że chociaż są pełne idealizmu i algorytmów, to się nie będą wykręcać programem...
      Sue jako jedyna - oprócz Johna - mierzyła się z myślą, że elektroniczny John nie pasuje do tego miejsca, świata i całej reszty, i nawet obwiniała za te zmiany Imperatora. Nie miało to dla niej większego sensu - Sue nie była zbyt bystra - ale coś tak jednak czułem, że może mieć rację.
    - Kieruję się czym chcę - stwierdził John, uśmiechnął się mechanicznie i przełykając nadmiarowe bity powiedział:
    -  Wiem coś nowego o Imperatorze.
    Wreszcie! - ucieszyłem się, ale zaraz inna myśl - szalony uparciuch! - jakby coś mi się przypomniało. John zdawał się wiedzieć coś nowego o Imperatorze, więc wszyscy przylgnęli do niego w łapczywym oczekiwaniu na oświecenie. Zaczął padać deszcz, nadciągała burza oraz zbliżał się koniec świata (nieco dziwne). Ulice opustoszały i tylko wiatr znad rzeki przyklejał do mnie wilgotne liście. Zastanawiałem się, czy to życzliwość ze strony natury, że mnie tak zabezpiecza przed wodą i chłodem, dodatkowy afront czy jednak nic nieznaczący przypadek, ale postanowiłem żywić przekonanie - postanowiłem, ponieważ potrafię z łatwością zmieniać przekonania oraz karmić je dowolną treścią - że to był miły gest.
    John cmoknął i powiedział coś, czego przez szum deszczu nie usłyszałem, a musiało to być absolutną prawdą, bo:
    - Imperator? – przestraszył się Steve. – Imperator nas podsłuchuje? 
    Byłem już nieźle przemoczony, ale nie mogłem przestać podsłuchiwać. 
    - I podgląda… - wyszeptała przez spuchnięty nos Mary, ale nie mogłem przestać podglądać. 
   Sue wodziła po pokoju niewidzącym spojrzeniem, ale nie mogłem przestać kazać jej tego robić, nie mogłem lub tylko nie chciałem sprawić, by skupiła wzrok na czymś konkretnym.
    - Imperator, ale nie Darth Vader, nie Palpatine, zupełnie nie jak w "Star Treku"… - powtarzała bezmyślnie te wszystkie głupoty, które przychodziły mi do głowy.
    - Zupełnie nie jak w "Gwiezdnych wojnach" – poprawiła ją Mary, żeby było jasne, że robię to specjalnie. 
    - Nieważne – Steve zakręcił ręką. Zaimponowało mi, że się tak pilnuje i przykłada do nowego gestu, ale tak naprawdę wiedziałem, że zawdzięczam to wyłącznie sobie.
    - Nieważne - powtórzył. - Nieważne, nieważne!
   - Imperator! Widzę go przez dziurę w ścianie! - John wskazał na mnie palcem i coś w jego wnętrzu zaświeciło elektrycznie, ostrzegawczo. – A myślałem, cmok, że to jego portret, cmok, a to przez cały czas był on!
    - Nie podoba mi się to zsynchronizowanie i im dłużej o tym gadamy, tym mniej ma to sensu - stwierdziła Mary, a jej dalsza obecność powoli przestawała być uzasadniona.
   - Może by tak zacząć jeszcze raz? - spytałem poprzez Sue i wiem, że będąc na ich miejscu zaakceptowałbym ten pomysł.
    - Tylko tym razem zostaw mniej wskazówek,  potworze.
  Kto to powiedział? Nie ważne. Pewnie ja. Przecież od początku chodziło o mnie. Po chwili John przechadzał się między przyjaciółmi jakby spacerował po linie zawieszonej nad ludową psychologią.
    John pił herbatę, palił papierosa, ale, ale, ale nie wydawał żadnych dziwnych odgłosów, podczas gdy Steve, Sue i Mary obijali się bezmyślnie o ściany i o siebie nawzajem. 
   - Hej! - John zainaugurował drugą (trzecią, czwartą?) wersję pierwszej sceny, w której bohaterowie próbują uświadomić sobie naturę narratora, ale może tym razem - dla ich własnego dobra - dojdą do wniosku, że to strata czasu i pójdziemy dalej.
– Czy widzicie jak nie robię nic dziwnego z ustami? - zapytał John. - Umówmy się, że od teraz moja niemrawość mimiczna oznacza, że mówię różne ważne rzeczy, poważnie. Marks. Za mało się dzisiaj mówi o Marksie.
    Steve zagulgotał jak indyk i przyznał mu rację.